bramin pisze: 06 cze 2026, 8:35
Marek Piotrowski pisze: 01 cze 2026, 9:33
Jest to tym bardziej zaskakujące, że akurat w Polsce "fałszywy ekumenizm" zebrał straszliwy plon.
Jakiż to straszliwy plon zebrał "fałszywy ekumenizm"?
Podałeś pewne dane o odejściach z grup charyzmatycznych i im podobnych ale w skali ogólnej to nie są wielkie liczby więc tez tak jak ja dokonałeś uproszczenia.
To są kolosalne liczby (oczywiście to, co podawałem, to wierzchołek góry lodowej)biorąc pod uwagę to, jaka grupa została wystawiona na ekspozycję fałszywego ekumenizmu.
To są kolosalne liczby, jeśli pamiętać, ze dotyczy najbardziej aktywnej religijnie części katolików.
Podtrzymuję moją tezę o tym, iż ekumenizm w Polsce poza kilkoma większymi ośrodkami miejskimi nie istnieje.
Bo poza dużymi ośrodkami miejskimi nie istnieje w ogóle problem kontaktów z innowiercami (poza pewnymi charakterystycznymi terenami w Polsce).
Przykład kardynała Rysia i miasta Łodzi jest tu bardzo spektakularny.
Na czym polega ta spektakularność? Bo mam poważne wątpliwości co do katolickości niektórych form tego ekumenizmu.
Ponadto wspólnoty protestanckie w Polsce raczej ostrożnie podchodzą do ekumenizmu gdyż są mniejszością i istnieje u nich obawa, ze mogą być w jakiś sposób wchłonięci przez katolików.
Absolutnie nie!
I mówię to z własnych doświadczeń (50 lat temu o mało na podstawie takich działań nie zostałem baptystą... )
moje świadectwo pisze:Gdy miałem 16 lat i chodziłem do technikum, zaprzyjaźniłem się z kolegą z klasy. Darek był zapalonym, świeżo upieczonym baptystą, ja - „tradycyjnym” katolikiem.
Mieliśmy niepisaną umowę (w każdym razie tak mi się zdawało), że ubogacając się nawzajem, nie będziemy się nawzajem „przeciągać” do swoich wyznań.
Trwało to około roku. Niepostrzeżenie kilku naszych wspólnych znajomych przyłączyło się do Kościoła Baptystów, ale ja wciąż wierzyłem, że z Darkiem się nie „nawracamy” nawzajem. Bomba pękła pewnego czerwcowego popołudnia, kiedy mój przyjaciel stracił cierpliwość i wybuchnął „Szczurek (moje szkolne przezwisko – przyp. mój) – kiedy ty WRESZCIE się zdecydujesz!?”. Po czym zasypał mnie antykatolickimi argumentami.
Traach! Całe moje wyobrażenie o „ekumenizmie” naszych wzajemnych relacji załamało się w jednej chwili. Okazało się ze przez cały ten czas mój przyjaciel „pracował” nade mną, starając się powoli, lecz konsekwentnie zmieniać moje nastawienie do Kościoła.
Nie przeczę, że następne kilka miesięcy stanowiły dla mnie ciężki okres – nie znałem argumentów katolickich, byłem zafascynowany muzyką, „fajnością” jego środowiska, jego dynamiką….
Kiedy zaczynałem chodzić na spotkania baptystów, pociągała mnie przede wszystkim inność. Wszystko było mniej skupione, weselsze i spontaniczne - pieśni, modlitwa itd. To, że zbór składał się głównie z konwertytów (a więc ludzi, którym zależało - konwertując można się mylić lub nie, ale mało prawdopodobne by się to robiło bez zaangażowania) i to, że był niewielki dawało gorliwość i „przeżycie”, o które trudno na co dzień w Kościele (chyba że szuka się w „grupach zaangażowanych”). Słabo wówczas znałem jeszcze Biblię, więc argumenty wyglądały na poważne.
To były trudne dni. Całość moich przekonań została zakwestionowana. Musiałem wybrać – czytałem Pismo, modliłem się, szukałem mądrych opracowań, rozważałem. argumenty… Od tego czasu jestem nie tylko „katolikiem z urodzenia”, ale także „katolikiem z wyboru”.
Wspólnoty protestanckie w krajach, w których jest porównywalna liczba katolików i niekatolików znacznie rzadziej i mniej chętnie angażują się w ekumenizm (bo, to po prostu, nie przynosi im skutku werbunkowego). I nie ma tu specjalnej różnicy pomiędzy "charyzmatykami" a np. baptystami. Może pod tym względem luteranie mają inne podejście, ale to niemal "martwe" wyznanie.
W Polsce niekatolicy robią to bardzo chętnie, choć... w specyficzny sposób.
Oto,,,
-----------------------------------------STUDIUM PRZYPADKU-----------------------------------
Rozmawiałem kiedyś (na ich forum) z przedstawicielami „bardzo charyzmatycznego” warszawskiego zboru, utworzonego parę lat temu przez byłego uczestnika Odnowy w Duchu Świętym. Rozmowa zeszła na ekumenię. Jeden z moich rozmówców oświadczył:
„(…) z Rzymem nie bawimy się w ekumenię, lecz oddzielamy się i obmywamy z jego obrzydliwości”.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy w dalszej części rozmowy inna jej uczestniczka poczęła się chwalić, iż proboszcz z jej miejscowości udostępnia im salę, by mogli w niej głosić i ewangelizować katolików.
Spytałem, czy ów proboszcz wie, że nie bawią się w „ekumenię”, lecz postrzegają katolicyzm jako obrzydliwość i stanowczo się od niego odcinacie.
„Nie” – odpowiedziała. –
„Nie powiem księdzu czegoś takiego (...) Bóg posłał nas jak owce między wilki. Trzeba postępować mądrze ku ogólnemu dobru ludzi”.
--------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiadomo, że gdyby taki harcownik stanął w Prawdzie i od razu zdradził się z zamiarami „przeciągania” – większość ludzi mniej lub bardziej grzecznie by mu podziękowała.
To się robi bardzo powoli: "nadgryza" się prawdy, Nabrał się na to nawet sługa Boży ks. Blachnicki (sprawdźcie, jakie rzeczy znalazły się w oazowych "dzienniczkach uczestnika" po rozpoczęciu flirtu z amerykańskimi protestantami!).
Spiritus movens tego flirtu, Joe Łosiak, po latach w swoich wspomnieniach nie kryje, do jakiego skutku dążył...
Pewne rzeczy się delikatnie sugeruje, pewnych rzeczy się "nie praktykuje"... to się dzieje bardzo powoli, ale skutecznie.
Stąd "gotowanie żaby" - aby na spokojnie bez problemów ugotować żabę nie wrzuca się ją tak jak raka do wrzątku.. bo by wyskoczyła.
Żabę wsadza się do chłodnej wody do której jest przyzwyczajona i powoli podgrzewa się wodę...nieznacznych różnic temperatury żaba (podobno) nie wyczuwa i kiedy już woda zaczyna wrzeć żaba nie ucieka tylko się ścina i jest ugotowana....
Pojecia tego nauczył mnie sp. Jacek Jureczko, który jako 17-latek „nawrócił” się , rzucił szkołę i został zielonoświątkowym ewangelizatorem… przez 7 lat, gdzieś po drodze zaliczał nawet „studium biblijne” i należał do grona „zaufanych młodych liderów”. Tam go właśnie uczono, że należy traktować katolików jak te żaby - powoli, żeby nie spłoszyć...
Jacek pisał:
"„(…) nie wyobrażałem sobie współpracy z katolikami-bałwochwalcami. Byłem mocno przekonany, że muszę ratować katolików, co też podzielali moi bracia i siostry z ChSA. W otwartej rozmowie nigdy nie mówiliśmy katolikom, że muszą opuścić swój Kościół. Po prostu twierdziliśmy, iż muszą wybrać sobie Kościół, w którym mogliby wzrastać (broń Boże nie katolicki!!!).
Na jednym z obozów byłem świadkiem (sam też tak uważałem), jak nie pozwolono katolikom udać się na Mszę Świętą twierdząc, że będziemy mieli własne nabożeństwo. Kilka osób z Makowa Podhalańskiego mocno było z tego powodu rozczarowanych – nie mogli pojąć, jak im – katolikom – nie wolno brać udział we Mszy Świętej – »przecież ChSA to organizacja ponaddenominacyjna!!!«. Jednak działanie w ChSA było dla mnie bardzo dobre, zaciętego zielonoświątkowca(...)
(...) W kontekście mojej drogi trudno mi uwierzyć w prawdziwy ekumenizm z tzw. wolnymi Kościołami i innymi grupami powstałymi przez podział wewnątrz protestantyzmu. Trudno mi uwierzyć w prawdziwy ekumenizm z grupami, które kilka lat temu opuściły Kościół katolicki. Chyba nikt o zdrowym chrześcijańskim spojrzeniu nie jest w stanie uwierzyć, że osoby z kieleckiego »Wieczernika« mogą prawdziwie modlić się o jedność Kościoła. Przekonałem się, że grupy wyrosłe z protestantyzmu mogą ze sobą współpracować dla ratowania katolików”."
Warto przeczytać jego świadectwo
https://analizy.biz/apologetyka/index.p ... id=105.htm
Nie we wszystkim zgadzam się z Księdzem Dominikiem Chmielewskim (jestem bardzo krytyczny) , ale trudno Mu odmówić słuszności w poniższych – gorzkich – refleksjach:
„(…) to, co dzieje się często pod płaszczykiem ekumenizmu, rozumianego tylko jako wspólna wymiana darów duchowych, (…) czyli bezkrytycznego zafascynowania zielonoświątkowcami i ich sposobem interpretacji Biblii czy udzielania przez nich »ducha« do ewangelizacji katolików, którym ulega wielu obecnych katolickich charyzmatyków (…), jest niebezpieczne.
Doświadczenie pokazuje, że w 90% wymiana ta idzie tylko w jedną stronę, kiedy to katolik, żeby działać ekumenicznie musi zrezygnować z nauczania tego, co stanowi jego tożsamość, żeby czasami nie obrażać protestantów i powoli sam staje się katolikiem o sercu protestanckim, wstydzącym się mówić o zbawieniu nie tylko przez łaskę, ale też przez sakramenty, o tradycji Kościoła, niezwykle ważnej roli Matki Bożej, świętych, sakramentaliów, różańcu, katolickich modlitw mających wielosetletnią tradycję itp. I co najczęściej się dzieje w tak pojętym ekumenizmie?
Że katolik z takich wspólnot zaczyna po cichu, w kuluarach wspólnoty kwestionować nauczanie katolickie, nie zgadzając się z nim w sercu, jeszcze bardziej bezkrytycznie chłonie nauczanie protestancko-zielonoświątkowe, stając się po krótkim czasie katolikiem już tylko z nazwy. (…)
Życie pokazuje jednak, że zdecydowana większość katolickich ewangelizatorów świeckich, a nawet księży, chłonie książki, nauczania, konferencje zielonoświątkowców budując na nich swoje nauczanie nie zastanawiając się, czy jest to nauczanie zgodne z nauczaniem Kościoła katolickiego” .
Jestem zaangażowany w ekumenię od czasu owego werbowania przez baptystów i to trwa - bo musi, biorąc pod uwagę, że mój rodzony Brat jest niekatolikiem. Mogę z nim prowadzić ekumenizm, bo ufamy sobie.
Ale głęboko odradzam entuzjastyczny ekumenizm ludziom, którzy nie są umocnieni w wierze i merytorycznie przygotowani na "atak doktrynalny".