Temat otwarłem, to pora się wypowiedzieć... Zapytałem:
Co to znaczy nawrócić się [odmienić się] i stać się jak dziecko?!...
Co to znaczy nawrócić/odmienić się...?
Uczestnicy ruchu drogowego nie mają problemu, by wyjaśnić na czym polega zawrócenie na drodze, którą jadą... - trzeba po prostu zmienić zdecydowanie (bo aż o 180 stopni - przynajmniej na krótkim odcinku, bo potem droga już może różnie prowadzić) kierunek ruchu: jechało się np. w kierunku Gdańska, ale po zawróceniu jazda odbywa się w stronę Zakopanego...
Nawrócenie to taka zmiana, i to dość radykalna, życiowego, duchowego kierunku ruchu - ktoś podążał w stronę potępienia, ale po nawróceniu ma przed sobą kierunek zwany zbawieniem... Taka odmiana/nawrócenie to warunek zbawienia, bo trudno, by ktoś był w niebie, jeśli szedł w życiu nie licząc się z Bogiem, bez wiary w Niego (a kto jej nie ma - ten Bogu nie może się podobać: Hbr 11,6).
Ponieważ Bóg chce wszystkich zbawić (1Tm 2,4), to On w sobie wiadomy sposób oddziałuje na poszczególne osoby; kto zareaguje na to pozytywnie, ten może doświadczyć właśnie nawrócenia, które będzie polegać na zmianie myślenia i sposobu życia (co do tej pory nie pociągało, np. lektura Biblii, teraz jest ważne; a, co dawniej pociągało, np. budka z piwem, teraz przestaje się liczyć... itp. itd.).
Myślę, że nie trzeba tematu rozwijać, bo każdy tu czuje, w czym rzecz, gdy Jezus wzywa, by się nawrócić: w swym jestestwie (w swoim "ja") odmienić...
Bardziej zagadkowa jest sprawa tego "stania się jak dziecko"...
Najpierw napiszę, jak ja rozumiem to, na czym NIE POLEGA stanie się jak dziecko; w czym NIE NALEŻY dzieci naśladować.
Otóż na pewno nie mają dorośli zdziecinnieć w sensie stania się naiwnymi, łatwowiernymi jak dzieci (którym można wmówić wszystko, bo w swej naiwności nie umieją jeszcze odróżniać fikcji od faktów; np. dziecko wierzy, że św. Mikołaj szusuje po niebie w zaprzęgu reniferowym, by przez kominy prezenty rozdawać... Notabene to dorośli mu takich głupot naopowiadali, w filmach pokazali... A, że dziecko ufa dorosłym, to naiwnie to wszystko "łyka jak pelikan ryby"...).
Nie można dzieci naśladować w ich sposobie myślenia, które właśnie potrafi być naiwne i tak ogólnie: niedojrzałe, niezdolne do pojmowania zagadnień złożonych, których jeszcze dziecięcy umysł nie ogarnia... O tym pięknie tu jest napisane:
1Kor 14,20 BT5 (Biblia Tysiąclecia V [1999])
(20) Bracia, nie bądźcie dziećmi w sposobie waszego myślenia, lecz bądźcie jak niemowlęta, gdy chodzi o rzeczy złe; w myśleniu zaś waszym bądźcie dojrzali!
Można by jeszcze wymienić coś takiego jak brak zahamowań, by wprost coś mówić - nie trzeba w tym dzieci naśladować. Np. dziecko nie powstrzyma się, i garbatemu powie, że jest garbaty i paluszkiem wytykając, śmiać się będzie (czym zrobi mu przykrość); dorosły (o ile ma odrobinę kultury) nie będzie robił sensacji na widok garbatego - powstrzyma się od ranienia go (choć w duchu może się śmiać, ale przynajmniej na zewnątrz zachowa się grzecznie).
Dzieci też bywają bardzo egoistyczne - nie umieją (przynajmniej chyba większość) zauważyć potrzeb innych, ale stanowczo będą się czegoś dla siebie domagać (to nic, że matka zmęczona i chce odpocząć... dziecko właśnie teraz chce się bawić z nią, i to na placu zabaw, bo tak mu się podoba i już!).
Te, i pewnie są jeszcze niewymienione, negatywne cechy dzieci na pewno nie wchodzą w zakres Jezusowego wezwania, by stać się jak dziecko!
Co zatem wchodzi w zakres tego potrzebnego nam, dorosłym, podobieństwa do dzieci? Gdybym tylko jednym słowem miał to opisać, to bym użył słowa: ZALEŻNOŚĆ. Nawet powiększę to:
ZALEŻNOŚĆ!
Im dziecko mniejsze, tym bardziej jest zależne od dorosłego/dorosłych; bez niego/bez nich nie jest w stanie przeżyć! Mamy się odznaczać w kontekście relacji z Bogiem wielkim poczuciem ZALEŻNOŚCI od Boga - im bardziej tę zależność akceptujemy i praktycznie ją wyżywamy, tym lepiej, bo to jest stan pokory, a ją Bóg bardzo ceni (Jk 4,6).
Dalsza (ja wymieniam te cechy, które wyżej nie zostały wprost nazwane; wiele z tego, co jest wymienione przez innych, ja oczywiście aprobuję i też tak uważam) godna naśladowania dziecięca cecha to UCZENIE SIĘ. Dziecko wciąż się czego uczy! Powinniśmy też być otwarci na nowe tematy, oraz na pogłębianie dawnych, aby się nie okazało, że ktoś zatrzymał się w rozwoju duchowym np. na poziomie I-szej Komunii, bez żadnego dalszego wzrostu w pojmowaniu zagadnień wiary...
Na koniec wymienię jeszcze (to nie zamyka tematu, bo może ktoś jeszcze coś dorzuci/skomentuje) umiejętność dzieci do GODZENIA SIĘ z kolegami/koleżankami... Jasiu z Małgosię w piaskownicy się pobiją o zabawkę, i na siebie naplują, ale kilka chwil potem już wspólnie zamek z piasku budują... Gdy dorosły Jan wejdzie w konflikt z dorosłą Małgorzatą, to być może, że do grobowej deski nie nastąpi pojednanie!
A, jeszcze powrócę do cytowanego 1Kor 14,20, bo mi się on bardzo podoba, jako odpowiedź na pytanie o to, w czym dorośli mają stać się jak dzieci, a w czym absolutnie nie mają ich naśladować! Już było wspomniane niewarte naśladowania dziecinne/naiwne myślenie (nasze myślenia ma być dojrzałe!), ale jest w tym cytacie coś, co mamy naśladować, jakimi mamy być, niczym dzieci...
Nie wymienię tego - niech ktoś mnie wyręczy, bo już palce bolą od pisania, haha...
Dodano po 6 minutach 47 sekundach:
Marek Piotrowski pisze: 02 lip 2022, 11:17
Włożę koja w mrowisko: czy dziecięctwo Boże to na pewno infantylność (nie piszę o obecnych), a radość Boża to wesołkowatość?
Na pierwszą część pytania wyżej się obszernie wypowiadam: Boże dziecięctwo to na pewno nie infantylność (dojrzałość w myśleniu ma cechować Boże dzieci!); a co do radości, to też nie chodzi o wesołkowatość na poziomie skórki od banana komuś rzuconej pod nogi, bo ile z tego radości/radochy, gdy ktoś "orła wywinie"... (Boże dziecko ma mieć radość na poziomie duchowym, głębokim, co może się, ale nie musi, przekładać/manifestować na zewnątrz w radosnym usposobieniu, ale nie takim właśnie wesołkowatym, co to tylko psikusy by komuś chciało się robić... Ta głęboka radość w Panu, jak to Pismo św. określa, pozwala np. zachować nadzieję, gdy się świat zawala na głowę, i trudno się uśmiechać, gdy np. kilka tygodni życia zostało... ).
Tak to widzę
