Powinien chyba rozpocząć od tego ,że mam problem z grzechem czystości. Jednak walczę z tym jak tylko mogę .
Do spowiedzi uczęszczam zwykle regularnie po popełnieniu grzechu , wiąże się to z tym ,że wykonuje bardzo niebezpieczny zawód ( w każdym momencie mogę zginąć) . Jednak kilka tygodni temu miałem bardzo grzeszne myśli + w moim pierwotnym przekonaniu uważałem ,że popełniłem grzech .Potem jednak stwierdziłem ,ze to przesada i tak kilka razy. W końcowej fazie uznałem ,ze jednak nie jest to grzech i przystępowałem do komunii. Dodam jeszcze ,że akurat w tamtym momencie miałem dużo trudniejszy (ale nie niemożliwy! - jakbym się uparł to bym poszedł ) dostęp do spowiedzi. Potem znowu miałem wątpliwości aż do końcowego, bezapelacyjnego upadku (po nim od razu poszedłem do spowiedzi ) , ale o moich wątpliwościach nie powiedziałem podczas sakramentu pokuty. Przez kilka dni mnie to gryzło , czy po pierwsze nie popełniłem świętokradczego przyjmowania komunii + nie zataiłem grzechu. Ale po kilku dniach wysłuchałem audycji z pewną siostrą zakonną , w której była praktycznie odpowiedź na moje pytanie : A mianowicie skoro twierdze ,ze nie był to grzech to nie był to grzech i koniec. Ważna jest ogólna wieź z Bogiem a nie rozdrabnianie się na drobne. Minęło następne kilka tygodni i znowu upadłem i poszedłem do spowiedzi od razu następnego dnia -czyli dziś. wyspowiadałem się ze wszystkiego ( u księdza u którego byłem pierwszy raz ! , nie znał mnie i mojej sytuacji!) .Po wymienieniu grzechów ksiądz jeszcze o pewne rzeczy dopytał i na końcu zapytał o jedną rzecz : czy czasem nie przyjmowałem będąc pod wpływem grzechu ciężkiego komunii świętej ? Jak wspominałem staram się przebywać ciągle w łasce uświęcającej i jak tylko zdarzy się cos co uznaje za grzech ciężki to idę do spowiedzi. Więc machinalnie odpowiedziałem ,ze nie i po chwili przypomniały mnie się te wcześniejsze wątpliwości. Ksiądz udzielił mnie rozgrzeszenia a ja wyszedłem w gorszym stanie psychicznym niż przed spowiedzią. I teraz mam dylemat czy nie należało by tym razem na prędce wrócić i kolejny raz wyspowiadać się ? Tylko przydałby się chyba naprawdę wyrozumiały spowiednik
I teraz coś pozytywnego : Jakkolwiek to zabrzmi przeżywam kryzys wiary i trochę to pytanie księdza umocniło tą moją wiarę. Bo pokazało mnie ,że faktycznie nie spowiadam się przed księdzem , ale przed Bogiem , bo sam ksiądz nie mógł wiedzieć o moich wcześniejszych wątpliwościach. W tym kościele miałem już dwie takie sytuacje ( i chyba tylko w nim ) ,że ,,nauka" wykraczała poza zakres tego co ksiądz wiedział o mnie. I była spersonalizowana akurat pod mnie.
