Szczęść Boże,
dlaczego tak mało mówi się o zasadzie prymatu sumienia, będącej w hierarchii nauczania Kościoła dużo wyżej, niż "zakaz antykoncepcji", czy totalnie nie mające pokrycia w oficjalnej nauce Kościoła rozważania na temat tzw. "masturbacji małżeńskiej"?
Joseph Ratzinger (późniejszy Benedykt XVI) w komentarzu do art. 16 konstytucji soborowej Gaudium et Spes (będącej dokumentem kościelnym o najwyższej randze w hierarchii, mającej walor nieomylności) pisał: "Ponad papieżem jako wyrazem wiążącego roszczenia władzy kościelnej stoi własne sumienie, któremu należy być posłusznym przede wszystkim, w razie potrzeby nawet wbrew wymaganiom władzy kościelnej. To podkreślenie roli jednostki, której sumienie stawia ją przed najwyższym i ostatecznym trybunałem, ostatecznie wykraczającym poza roszczenia zewnętrznych grup społecznych, nawet oficjalnego Kościoła, ustanawia również zasadę przeciwstawiającą się narastającemu totalitaryzmowi." (Tłum. własne) (J. Ratzinger [w:] H. Vorgrimler (red.), Commentary on the documents of Vatican II. Vol. 5. Pastoral Constitution on the Church in the modern world, wyd. Herder and Herder, Nowy Jork 1969, s. 134 i n.)
https://archive.org/details/commentaryo ... 4/mode/2up
Współczesny katechizm jak najbardziej podtrzymuje tę zasadę.
„KKK 1782 Człowiek ma prawo działać zgodnie z sumieniem i wolnością, by osobiście podejmować decyzje moralne. "Nie wolno więc go zmuszać, aby postępował wbrew swojemu sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej " (Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 3).”
„KKK 1778 Sumienie moralne jest sądem rozumu, przez który osoba ludzka rozpoznaje jakość moralną konkretnego czynu, który zamierza wykonać, którego właśnie dokonuje lub którego dokonała. Człowiek we wszystkim tym, co mówi i co czyni, powinien wiernie iść za tym, o czym wie, że jest słuszne i prawe. Właśnie przez sąd swego sumienia człowiek postrzega i rozpoznaje nakazy prawa Bożego.
Sumienie jest pierwszym ze wszystkich namiestników Chrystusa (J. H. Newman, List do księcia Norfolku, 5).”
„KKK 1790 Człowiek powinien być zawsze posłuszny pewnemu sądowi swojego sumienia. Gdyby dobrowolnie działał przeciw takiemu sumieniu, potępiałby sam siebie. Zdarza się jednak, że sumienie znajduje się w ignorancji i wydaje błędne sądy o czynach, które mają być dokonane lub już zostały dokonane”.
1791 Ignorancja często może być przypisana odpowiedzialności osobistej. Dzieje się tak, "gdy człowiek niewiele dba o poszukiwanie prawdy i dobra, a sumienie z nawyku do grzechu powoli ulega niemal zaślepieniu" 56 . W tych przypadkach osoba jest odpowiedzialna za zło, które popełnia.
„KKK 1793 Jeśli – przeciwnie – ignorancja jest niepokonalna lub sąd błędny bez odpowiedzialności podmiotu moralnego, to zło popełnione przez osobę nie może być jej przypisane. Mimo to pozostaje ono złem, brakiem, nieporządkiem. Konieczna jest więc praca nad poprawianiem błędów sumienia”.
Sformułowanie "zło popełnione przez osobę nie może być jej przypisane" w języku Kościoła oznacza, że taka osoba nie popełnia grzechu, ponieważ nie ma w tym jej winy. Mówiąc łopatologicznie - zadziała się zdaniem Kościoła "zła sytuacja", lecz winy za to nie przypisuje się danej osobie. W sytuacji ignorancji niepokonalnej osoba popełnia zły czyn (w opinii Kościoła), jednak nie ponosi za to winy, w związku z czym nie popełnia grzechu. Grzech ciężki to w 100% świadomy, w 100% dobrowolny wybór czegoś, co nasze sumienie (nie sumienie księdza) odczytuje jako poważne zło. To trochę tak, jak w prawie karnym. Jeśli dany czyn popełniła osoba w warunkach wyłączających karalność czynu, np. w stanie niepoczytalności, czy w stanie wyższej konieczności, to mimo że ten czyn obiektywnie popełniła, nie poniesie za to odpowiedzialności karnej. Czyn zaistniał, ale nie zaistniała inna przesłanka odpowiedzialności karnej, jak np. wina. Wówczas taka osoba jest uznawana za niewinną. Tak samo w Kościele. Stan ignorancji niepokonalnej jest okolicznością wyłączającą winę za coś, co Kościół w swojej opinii uznaje za grzech. Wówczas "zło popełnione przez osobę nie może być jej przypisane", czyli nie ma grzechu. A z nie-grzechu się nie spowiada. Naszym sędzią zgodnie z nauką Kościoła jest nasze sumienie. "KKK 1778 Sumienie moralne jest sądem rozumu...". Uprzedzając teksty typu: "człowiek ma wolną wolę i może w sumieniu zdecydować, czy popełni grzech, czy nie", wskazuję jeszcze raz naukę Katechizmu: Jeśli – przeciwnie – ignorancja jest niepokonalna lub sąd błędny bez odpowiedzialności podmiotu moralnego, to zło popełnione przez osobę nie może być jej przypisane. Czyli to nie jest grzech.
Błędne sumienie również obowiązuje. Ignorancja niepokonalna jest wtedy, gdy starasz się jak tylko możesz zrozumieć nauczanie Kościoła, ale po prostu nie możesz. Czujesz, że gdybyś postąpił zgodnie z jakąś doktryną, to zrobiłbyś coś złego (np. dla siebie, dla swojego małżeństwa itd.). Kościół to rozumie i szanując godność osoby ludzkiej nie zmusza człowieka do czynienia czegoś, co zdaniem tego człowieka jest złe. Niemniej jednak sumienie trzeba formować. Ale błędne sumienie też obowiązuje i postąpienie zgodnie z nim nie obciąża człowieka winą moralną zgodnie z katechizmem (KKK 1793). Sumienie w stanie ignorancji niepokonalnej jednak nie musi być błędne. Ignorancja niepokonalna nie ma nic wspólnego z nieświadomością, że Kościół czegoś "zabrania". Jest to sytuacja, w której sumienie odczytuje coś inaczej, niż Kościół, nawet przy pełnej świadomości tego stanowiska Kościoła.
Chciałbym zwrócić uwagę na powtarzający się dość poważny błąd, dotyczący ignorancji niepokonalnej. Niekiedy sugeruje się, jakoby stan ignorancji niepokonalnej definiowany był jako niezawiniona nieznajomość nauczania Kościoła. Tymczasem w rzeczywistości jest to stan, w którym człowiek stale poszukujący prawdy i formujący sumienie w oparciu o Ewangelię wie, że jego sumienie dochodzi do innych wniosków, niż nauczanie Kościoła. By uzasadnić, że jest to błąd, jeszcze raz odsyłam do katechizmu i załączonej wypowiedzi Josepha Ratzingera.
Przeciwnicy prymatu sumienia często powołują się na encyklikę Ojca Świętego Jana Pawła II Veritatis Splendor. Jest to skrajne nadużycie, ponieważ Jan Paweł II nigdy nie zaprzeczył prymatowi sumienia i sam opublikował katechizm, w którym nauczanie o prymacie sumienia jest zawarte. Jan Paweł II uczulał jedynie, że sumienie nie tworzy norm moralnych, tylko je rozpoznaje. Wszyscy jesteśmy w drodze, nawet Kościół. Encyklika Veritatis Splendor nie należy do nauczania nieomylnego, tylko autentycznego - tego o najniższej randze, będącego osobistym zdaniem Autora na dany temat (nawet, jeśli jest to Autor tak szczególny). Ale za to konstytucja soborowa Gaudium et Spes, przewidująca prymat sumienia, posiada walor nieomylności, gdyż jest konstytucją soborową.
Katechizm, Sobór i Ratzinger nauczają, że sumieniu należy być posłusznym ZAWSZE. Zawsze, to zawsze, a nie tylko wtedy, gdy zgadza się ono z nauczaniem Kościoła. Również zawsze, to zawsze, a nie tylko wtedy, gdy jesteśmy w 100% pewni, że spełniamy przesłanki ignorancji niepokonalnej. W razie wątpliwości jeszcze raz wskazuję, za Ratzingerem: "Ponad papieżem jako wyrazem wiążącego roszczenia władzy kościelnej stoi własne sumienie, któremu należy być posłusznym przede wszystkim, w razie potrzeby nawet wbrew wymaganiom władzy kościelnej". Również zawsze, to zawsze, a nie tylko wtedy, gdy jesteśmy pewni, że dane nauczanie jest klasyfikowane jako autentyczne (czyli nie-nieomylne). Z kolei to sformułowanie "zawsze" pochodzi z dokumentu mającego walor nieomylności - Gaudium et Spes.
Prymat sumienia wynika również wprost z pisma świętego. Odsyłam do Listu do Rzymian, rozdział 14. Tam jest to napisane czarno na białym.
Prymat sumienia z uwagi na ujęcie go w konstytucji soborowej Gaudium et Spes posiada walor nieomylności. To bardzo stara, ortodoksyjna nauka Kościoła, wywodząca się od Tomasza z Akwinu.
No, chyba że ktoś ma odwagę twierdzić, że św. Paweł w Liście do Rzymian się pomylił.
Chciałbym zapytać również, dlaczego pomija się fakt, iż "zakaz antykoncepcji" nie należy do nauczania nieomylnego. Istnieją trzy stopnie nauczania, które wiążą w różnym stopniu. Przykładowo: 1) do nauczania nieomylnego należy nauczanie soborowe (m.in. zawierające prymat sumienia), czy tez dogmaty, 2) do nauczania ostatecznego należy np. moralne zło czynu aborcji (Jan Paweł II oficjalnie ogłosił tę prawdę w sposób ostateczny), 3) do nauczania autentycznego (omylnego) należy np. encyklika Humanae Vitae, najnowsza encyklika Leona XIV o sztucznej inteligencji, encyklika Veritatis Splendor, Rerum Novarum itd.
Sporo "zakazów" formułowanych przez doktrynę Kościoła pochodzi z encyklik nieposiadających automatycznie waloru nieomylności, względem których nieposłuszeństwo nie osłabia jedności z Kościołem. Przykładowo charakter nauczania o antykoncepcji został wyjaśniony już podczas prezentacji encykliki Humanae vitae Pawła VI, która odbyła się 25 lipca 1968 r. W trakcie konferencji prasowej stanowisko papieża przedstawiał ks. Ferdinando Lambruschini, profesor teologii moralnej Papieskiego Uniwersytetu Laterańskiego. Zaznaczył on wyraźnie, że encyklika nie została ogłoszona jako akt nauczania nieomylnego. Według jego wyjaśnień dokument ten stanowi element zwyczajnego nauczania katolickiego, jednak nie należy do depozytu wiary ani nie posiada charakteru definitywnego. Wskazywał tym samym, że nauka zawarta w Humanae vitae nie została przedstawiona wiernym jako prawda wymagająca przyjęcia na podstawie nieomylnego autorytetu Kościoła.
Celem udowodnienia wklejam przepisy kodeksu prawa kanonicznego i z dekretu soborowego o ekumenizmie:
Dekret o ekumenizmie 11: „Porównując doktryny, niech [teologowie katoliccy] pamiętają o istnieniu porządku czy „hierarchii” prawd nauki katolickiej, ponieważ różny jest ich związek z fundamentem wiary chrześcijańskiej”.
KPK Kan. 749 § 3. Tylko wtedy należy uznać jakąś naukę za nieomylnie określoną, gdy to zostało wyraźnie stwierdzone.
KPK Kan. 750. § 2. Ponadto należy bez zastrzeżeń przyjąć i zachowywać wszystkie i poszczególne prawdy dotyczące wiary lub moralności, które Nauczycielski Urząd Kościoła ogłasza w sposób definitywny, to znaczy te, które są wymagane, aby gorliwie strzec i wiernie przekazywać sam depozyt wiary; sprzeciwia się więc nauczaniu Kościoła katolickiego ten, kto odrzuca twierdzenia, które należy przyjąć w sposób definitywny
Kan. 752. Wprawdzie nie akt wiary, niemniej jednak religijne posłuszeństwo rozumu i woli należy okazywać nauce, którą głosi Papież lub Kolegium Biskupów w sprawach wiary i obyczajów, gdy sprawują autentyczne nauczanie, chociaż nie zamierzają przedstawić jej w sposób definitywny. Stąd wierni powinni starać się unikać wszystkiego, co się z tą nauką nie zgadza.[Sformułowanie "starać się" jest tutaj istotne]
Kan. 754 - Wszyscy wierni mają obowiązek przestrzegać konstytucji i dekretów [a nie np. encyklik, czy adhortacji], które prawowita władza Kościoła, a w sposób szczególny Biskup Rzymski lub Kolegium Biskupów, wydaje w celu przedstawienia nauki i napiętnowania błędnych opinii. [Prymat sumienia pochodzi właśnie z konstytucji soborowej.]
W odniesieniu do nauki głoszonej przez Papieża czy też przez Kolegium Biskupów sprawujących autentyczny Urząd Nauczycielski, także wtedy, gdy nie jest ona podawana z intencją definitywnego jej określenia, Kongregacja Nauki Wiary pod przewodnictwem Kard. Ratzingera wskazuje, iż „Wypowiedź przeciwna takim prawdom może być zakwalifikowana odpowiednio jako błędna lub […] niebezpieczna ”.
Tu nie ma mowy o żadnej herezji, czy zerwaniu komunii z kościołem, tylko o błędzie. Od kiedy błąd jest grzechem ciężkim?
Kongregacja podaje dalej:
„Jako przykład prawd, o których mowa w trzecim akapicie, można wskazać ogólnie na prawdy nauczane w sposób nieostateczny w autentycznym Magisterium zwyczajnym, które wymaga przyjęcia w różnym stopniu, zależnie od intencji i woli wyrażonej przez naturę dokumentów, przez częstotliwość, z jaką podaje się to nauczanie, lub też przez sposób jego ujęcia.(38)”
Sama kongregacja przyznaje, że przyjęcie nauczania nieostatecznego jest stopniowalne.
(zob. https://www.vatican.va/roman_curia/cong ... ei_pl.html)
Nie zawsze nauczanie Kościoła ma we wszystkim rację. Jako dowód wskazuję, że dopiero co Papież Leon XIV oficjalnie przeprosił świat za to, że tak długo zajęło Kościołowi potępienie niewolnictwa, a nawet za to, że przyczynił się do podtrzymywania niewolnictwa. Jeszcze w czasach Jana XXIII uczęszczanie na psychoterapię do psychoanalityka było oficjalnie uznawane za grzech ciężki.
Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden przepis kodeksu prawa kanonicznego: "Kan. 988 – § 1. Wierny jest obowiązany wyznać co do liczby i rodzaju wszelkie grzechy ciężkie popełnione po chrzcie, a jeszcze przez władzę kluczy Kościoła bezpośrednio nie odpuszczone i nie wyznane w indywidualnej spowiedzi, które sobie przypomina po dokładnym rachunku sumienia.§ 2. Zaleca się wiernym, by wyznawali także grzechy powszednie".
Na spowiedzi musimy wyznać tylko to, co do czego w naszym sumieniu jesteśmy w 100% przekonani, że było grzechem ciężkim. Jak pisał ks. dr. Kaszowski (znany teolog), "jeśli stopnia swojej winy nie potrafi dokładnie określić osoba starająca się żyć zgodnie z sumieniem, zastanawiająca się nad sobą, jej budzący wątpliwość grzech nie był ciężki. Sam fakt nieumiejętności określenia ciężaru grzechu, stopnia świadomości i dobrowolności działania świadczy, że grzechu ciężkiego nie było. Świadome i dobrowolne zaangażowanie się w zło nie było zbyt wielkie, skoro człowiek, zamiast pewności grzechu ciężkiego, ma wątpliwości". Musimy wyznać to, co do czego jesteśmy w 100% przekonani w naszym sumieniu, że było w 100% świadomym, w 100% dobrowolnym wielkim złem. Natomiast jeśli coś jest "jedynie" w 98% dobrowolne, wówczas jest grzechem lekkim. Potwierdzenie z katechizmu: 1857 Aby grzech był śmiertelny, są konieczne jednocześnie trzy warunki: "Grzechem śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą" (Jan Paweł II). Pełna świadomość to 100% świadomości, a nie np. 98%. Kościół zaleca, aby spowiadać się też z grzechów lekkich. Nie jest to jednak obowiązek. Szkoda, że wiele osób dowiaduje się o wyżej wskazanych zasadach w bardzo późnej dorosłości.
Jeszcze krótko na temat tzw. "masturbacji małżeńskiej". Coś takiego nie istnieje. W żadnym, powtarzam żadnym obowiązującym dokumencie kościelnym nie ma mowy o tym, że stosunek seksualny zawsze powinien zakończyć się w drogach rodnych. Jest to rozszerzająca interpretacja na niekorzyść wiernych, wynikająca z błędnej interpretacji pewnego przepisu Katechizmu. Kościół w przepisie 2352 Katechizmu, definiującym masturbację, mówi: "Bez względu na świadomy i dobrowolny motyw użycie narządów płciowych poza prawidłowym współżyciem małżeńskim w sposób istotny sprzeciwia się ich celowości". A czym jest prawidłowe współżycie małżeńskie? Otóż tego ze szczegółami Kościół nigdzie nie definiuje. Definiują to za to autorzy starych podręczników do teologii moralnej, których tezy są w niektórych kręgach po dziś dzień powielane i wprowadzają w błąd. Takie podręczniki nie mają żadnej mocy wiążącej i stanowią jedynie własny pogląd autora. Za to obowiązująca definicja "prawidłowego współżycia małżeńskiego" brzmi: 2362 Akty, przez które małżonkowie jednoczą się z sobą w sposób intymny i czysty, są uczciwe i godne; a jeśli spełniane są prawdziwie po ludzku, są oznaką i podtrzymaniem wzajemnego oddania się, przez które małżonkowie ubogacają się sercem radosnym i wdzięcznym. Płciowość jest źródłem radości i przyjemności.
Sam Stwórca sprawił, że małżonkowie we wspólnym, całkowitym oddaniu się fizycznym doznają przyjemności i szczęścia cielesnego i duchowego. Gdy więc małżonkowie szukają i używają tej przyjemności, nie czynią niczego złego, korzystają tylko z tego, czego udzielił im Stwórca. I w tym jednak powinni małżonkowie umieć pozostawać w granicach słusznego umiarkowania".
Nie istnieje coś takiego, jak masturbacja małżeńska, jest to określenie obraźliwe i odbierające małżonkom godność w okazywaniu sobie czułości, a czułość małżeńską zaplanował Bóg. W Księdze Pieśni nad Pieśniami Autor Biblii ze szczegółami wyjaśnia, "ile wolno" małżonkom. A wolno baaardzo wiele.
Przepraszam, jeśli ktoś się zawstydzi czytając to, ale podam pewne cytaty z Pnp na potwierdzenie tego faktu:
Pnp 5, 4-6 „Ukochany mój przez otwór włożył rękę swą, a łono moje zadrżało od tego. Wstałam, aby otworzyć miłemu memu, a ręce moje ociekały mirrą, palce moje mirrą spływają - na uchwyt zasuwy. Otworzyłam ukochanemu memu, lecz ukochany mój już odszedł, oddalił się; życie ze mnie uszło z jego powodu".
https://biblia.pl/czytaj/Pnp/5/ ((wyd. V Biblia tysiąclecia)
Jak jabłoń wśród drzew leśnych,
tak ukochany mój wśród młodzieńców.
W upragnionym jego cieniu usiadłam,
a owoc jego słodki dla mego podniebienia.
Pnp 2, 3 (wyd. V Biblia tysiąclecia)
Przepraszam, jeśli się mylę, ale to jest ewidentna metafora pełnego seksu niepenetracyjnego - oralnego lub manualnego.
Podsumowując, chciałbym zapytać, jaka racja przemawia za celowym pomijaniem oficjalnego nauczania Kościoła na temat hierarchii prawd wiary i prymatu sumienia? Kto weźmie odpowiedzialność za wprowadzanie ogromnej ilości ludzi w błąd i nerwicę eklezjogenną? Kto weźmie odpowiedzialność za cierpienie duchowe i zmuszanie ludzi do "potępiania samych siebie", postępując niezgodnie z własnym sumieniem w imię obrony zakazu antykoncepcji albo wymyślonych, niemających podparcia w nauce Kościoła tez o obowiązku zakończenia stosunku seksualnego wyłącznie w drogach rodnych pod "sankcją" grzechu ciężkiego? Jak to możliwe, że szczególnie polscy księża, posiadający wykształcenie teologiczne, nie nauczają o prymacie sumienia i nie informują wiernych, że "zakaz antykoncepcji" nie ma waloru nieomylności? Czy to celowe zatajanie prawdy, czy pokoleniowy błąd?
Na koniec - sam Jan Paweł II w encyklice Veritatis Splendor przyznał, że "Kościół pragnie jedynie służyć sumieniu". (VS 64)
Polecam również wypowiedzi znanych księży na temat sumienia:
Ludwik Wiśniewski OP „Blask wolności”
Wierzący – uznający autorytet Kościoła – powinien zapoznać się z Magisterium, ale jeśli jego sumienie nie jest w stanie zobaczyć w nim dobra dla siebie, powinien postąpić wbrew temu nauczaniu. I to z szacunku dla Stwórcy, dla Kościoła i dla człowieczeństwa, którym obdarzył go Stwórca. To oczywiście wymaga roztropności i odwagi. Kościół powinien uczyć swoich wiernych także ich.
Sumienie będące w kolizji z Magisterium nie musi być błędne […]. Jesteśmy w drodze. Boże wezwania widzimy coraz pełniej. Zawsze kiedy Kościół ma do czynienia ze stanowiskiem różnym od stanowiska Magisterium, ale wypowiadanym przez poważnych chrześcijan, powinien się nad ich opinią pochylić. Zasada „otwartości” na pogłębienie naszego zrozumienia […] realizuje się w specyficznie sposób w dziedzi-nie moralności. […] W moralności nie ma miejsca na posłuszeństwo komukolwiek – akt moralny cały „tryska” z wnętrza człowieka, inaczej nie byłby aktem moralnym.
Ks. Alfred Marek Wierzbicki „Rachunek sumienia z prymatu sumienia” rozmowa ze Z. Nosowskim, Więź 1/2017
Do istoty sumienia nie należy posiadanie prawdy, lecz, tak to nazywam, prawdoczułość. Sumienie jest wrażliwe na prawdę, podobnie jak mówimy, że coś jest światłoczułe, czyli wrażliwe na światło. Racjonalność sumienia polega na tym, że jest ono otwarte na horyzont prawdy. […] Skoro sumienie jest prawdoczułe, to znaczy, że jest zorientowane na prawdę, poszukuje jej i w sytuacji jej stwierdzenia przez siebie samego – przyjmuje ją.
Franciszek [w Amoris Laetitia] apeluje, by Kościół nie zastępował sumień. I czyni to wcale nie w rozdziale ósmym, poświęconym „nieregularnym” sytuacjom rodzinnym. To część jego ogólnej wizji moralności. On przyjmuje, że niezmienne normy istnieją, ale trzeba je rozpoznać w sumieniu. Tysiące osób może przeżywać analogiczną sytuację, ale nie można z góry powiedzieć, że będziemy postępować według takiej a takiej normy. Tu jest właśnie miejsce na twórczy charakter sumienia.
Dariusz Piórkowski SJ „’Nieszczęsny’ dar sumienia” Przewodnik Katolicki 41/2020
Jeśli więc wierzący po modlitwie i konsultacji uczciwie stwierdza, że sumienie nie pozwala mu realizować jakiejś części moralnego nauczania Kościoła, powinien pójść za sumieniem, dopóki trwa takie przekonanie. Nie można go zmusić, aby natychmiast zmienił swoje zdanie, albo wmówić mu, że jest w błędzie, choć on widzi sprawę inaczej. Dlaczego? Bo byłby to rodzaj zewnętrznego przymusu i autorytaryzmu. Można wprawdzie nakazać sobie lub komuś jakieś moralne działanie, gwałcąc wolność, ale doprowadzi to tylko do jeszcze głębszego rozdźwięku.
Andrzej Szostek MIC „Posłuszeństwo sumieniu czy Kościołowi?” rozmowa z D. Kozłowską, Znak nr 705 (2014)
Jako człowiek sumienia powinienem starać się zrozumieć intencję Magisterium. Jeżeli jednak dojdę do przekonania, że w Kościele nie znajduję odpowiedzi na swoje wątpliwości, muszę zmagać się z tym zagad-nieniem samodzielnie. Są sytuacje, które a limine trudno wykluczyć, kiedy człowiek dochodzi do wniosku: „Przepraszam, Kościele święty, ale w tym momencie nie jestem w stanie zaaprobować twoich wymagań”. To jest dramat, ponieważ z jednej strony chcę być wierny Kościołowi, wierzę, że w nim odkryję prawdę, a z drugiej strony w konkretnej kwestii dochodzę do wniosku, że tej prawdy w Kościele nie znajduję.
Jacek Prusak SJ https://wiez.pl/2017/01/01/16554-nauczy ... -sumienie/
W momencie konfliktu między głosem własnego sumienia a nauczaniem Kościoła sumienie pyta: „gdzie jest prawda, kto ma rację?” – superego zaś: „kto ma władzę?”, a w konsekwencji: „kogo bądź czego mam się bać?”, „kto i za co mnie ukarze?”. W przypadku kierowania się superego wymagania Kościoła są prze-żywane jako wymagania Boga, a posłuszeństwo Kościołowi jest równoznaczne z posłuszeństwem Bogu. Sumienie zachowuje się inaczej. Jego dojrzałe funkcjonowanie uzależnione jest od samorefleksji i gotowo-ści konfrontowania własnych sądów z innymi, wymaga nie tylko dobrej znajomości samego siebie, ale także uznania własnej grzeszności - po to jednak, aby móc być wolnym.
Uprzedzając ewentualne teksty typu" uznanej prawdzie chrześcijańskiej się sprzeciwiać" to grzech przeciwko Duchowi Swiętemu, dodam, że to powielane niekiedy wyliczenie grzechów przeciwko Duchowi Świętemu pochodzi z przedsoborowego Katechizmu Piusa X z 1905 r. Obecnie obowiązuje Katechizm Kościoła Katolickiego z 1992 r., który grzech przeciwko Duchowi Świętemu definiuje zupełnie inaczej. Po drodze odbył się Sobór Watykański II. Powoływanie się na dokumenty przedsoborowe w XXI wieku jest nietrafne.
Obecna definicja grzechu przeciwko Duchowi Świętemu jest taka:
„KKK 1864 Miłosierdzie Boże nie zna granic, lecz ten, kto świadomie odrzuca przyjęcie ze skruchą miłosierdzia Bożego, odrzuca przebaczenie swoich grzechów i zbawienie darowane przez Ducha Świętego (Por. Jan Paweł II, enc. Dominum et Vivificantem, 46). Taka zatwardziałość może prowadzić do ostatecznego braku pokuty i do wiecznej zguby”.
Przedsoborowy katechizm, z którego pochodzi ten omawiany w filmie katalog grzechów przeciwko Duchowi Świętemu, nie uwzględnia zasad, które wprowadził Sobór Watykański II, ani nie uwzględnia bardzo starej zasady prymatu sumienia.
Nie każde „oficjalne nauczanie Kościoła” jest „uznaną prawdą chrześcijańską”. Nie każde nauczanie Kościoła jest nieomylne.
Za to prymat sumienia to bardzo ortodoksyjna nauka Kościoła i wywodzi się od Tomasza z Akwinu. To jest oficjalne nauczanie, a z uwagi na ujęcie go w konstytucji soborowej, mające walor nieomylności.
Jeśli potrzebujesz pomocy duchowej napisz email: pomocduchowaDM@gmail.com
Prymat sumienia
-
Marek Piotrowski
- Posty: 2709
- Rejestracja: 30 sty 2021, 22:00
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 434
- Podziękowano: 1160
- Płeć:
To samo pytanie, ta sama odpowiedź:
Sumienie jest świetnym arbitrem, pod warunkiem, że jest prawidłowo ukształtowane. I musi być konfrontowane z obiektywnymi normami: Biblią, nauczaniem Kościoła itd.
Inaczej staje się tylko pretekstem do samousprawiedliwień.
Tak było - w różnej skali - z Marcinem Lutrem, tak było z SS-manami, tak jest z licznymi ludźmi twierdzącymi, że "skoro się kochamy, to sumienie nie zabrania nam uprawiania seksu" itd.
Sumienie jest świetnym arbitrem, pod warunkiem, że jest prawidłowo ukształtowane. I musi być konfrontowane z obiektywnymi normami: Biblią, nauczaniem Kościoła itd.
Inaczej staje się tylko pretekstem do samousprawiedliwień.
Tak było - w różnej skali - z Marcinem Lutrem, tak było z SS-manami, tak jest z licznymi ludźmi twierdzącymi, że "skoro się kochamy, to sumienie nie zabrania nam uprawiania seksu" itd.
Ostatnio zmieniony 21 cze 2026, 13:37 przez Marek Piotrowski, łącznie zmieniany 1 raz.
Ja ogólnie mieszkam za granicą.
Ten pierwszy wpis...
On do złudzenia mi przypomina artykuł, który widziałam ostatnio w pewnym zagranicznym katolickim czasopiśmie.
Przetłumaczyłam w AI
Sumienie - głos, którego nikt za nas nie usłyszy
Jest taka scena w Ewangelii, do której lubię wracać myślą, kiedy słyszę, jak ktoś próbuje zamknąć drugiego człowieka w ciasnej klatce przepisu. Uczniowie idą przez pole, są głodni, więc zrywają kłosy i jedzą ziarno. Faryzeusze widzą w tym przestępstwo przeciw szabatowi. Jezus pozwala uczniom się posilić – „łamie normę religijną” i odpowiada kapłanom przykładem Dawida, który zjadł chleby pokładne zastrzeżone dla kapłanów, i dodaje zdanie, które od dwóch tysięcy lat rozsadza legalizm religijny i faryzeizm od środka: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Jeden z komentatorów tej sceny napisał, że to właśnie tutaj widać różnicę między religią prawdziwą a fałszywą: fałszywa bierze fragment przepisu, odrywa go od całości i z rzeczy błahej robi wielki grzech, a jednocześnie nie dostrzega grzechów naprawdę poważnych. Jezus nie neguje Prawa – pokazuje, że ponad literą stoi coś, co się w człowieku nazywa rozeznaniem w konkretnej sytuacji. To jest już, w zalążku, mowa o sumieniu.
Chciałbym w tym tekście uporządkować kilka rzeczy, które – jak zauważyłem – w Kościele amerykańskim są oczywiste, lecz w wielu krajach mało kto o nich słyszał..
Sumienie jako pierwszy, najwyższy trybunał moralny
Katechizm Kościoła Katolickiego nie zostawia w tej sprawie wątpliwości:
> „KKK 1778 Sumienie moralne jest sądem rozumu, przez który osoba ludzka rozpoznaje jakość moralną konkretnego czynu, który zamierza wykonać, którego właśnie dokonuje lub którego dokonała. Człowiek we wszystkim tym, co mówi i co czyni, powinien wiernie iść za tym, o czym wie, że jest słuszne i prawe. Właśnie przez sąd swego sumienia człowiek postrzega i rozpoznaje nakazy prawa Bożego. Sumienie jest pierwszym ze wszystkich namiestników Chrystusa (J. H. Newman, List do księcia Norfolku, 5).”
I dalej:
> „KKK 1782 Człowiek ma prawo działać zgodnie z sumieniem i wolnością, by osobiście podejmować decyzje moralne. »Nie wolno więc go zmuszać, aby postępował wbrew swojemu sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej« (Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 3).”
A na koniec, jakby w formie klamry:
> „KKK 1790 Człowiek powinien być zawsze posłuszny pewnemu sądowi swojego sumienia. Gdyby dobrowolnie działał przeciw takiemu sumieniu, potępiałby sam siebie.”
To słowo „zawsze” jest bardzo mocne i bardzo wyraźnie podkreślone. Wraca ono w nauce o sumieniu w nieskończoność i naprawdę trudno je czymkolwiek obejść – nie pomaga wymyślanie nawet najbardziej pomysłowych „obostrzeń”.
Kiedy błądzimy w dobrej wierze?
Zaraz jednak pojawia się pytanie: co, jeśli sumienie się myli? Katechizm odpowiada i na to:
> „1791 Ignorancja często może być przypisana odpowiedzialności osobistej. Dzieje się tak, »gdy człowiek niewiele dba o poszukiwanie prawdy i dobra, a sumienie z nawyku do grzechu powoli ulega niemal zaślepieniu«. W tych przypadkach osoba jest odpowiedzialna za zło, które popełnia.”
> „KKK 1793 Jeśli – przeciwnie – ignorancja jest niepokonalna lub sąd błędny bez odpowiedzialności podmiotu moralnego, to zło popełnione przez osobę nie może być jej przypisane. Mimo to pozostaje ono złem, brakiem, nieporządkiem. Konieczna jest więc praca nad poprawianiem błędów sumienia”.
Wniosek jest bardzo prosty – gdy człowiek WIELE dba o poszukiwanie prawdy i dobra, a człowiek NIE uległ nawykowi do grzechu, może spać spokojnie.
„Zło popełnione przez osobę nie może być jej przypisane” – w języku Kościoła znaczy po prostu, że ta osoba nie popełnia grzechu. Możliwe nawet, że coś obiektywnie złego się wydarzyło, ale grzechu nikomu nie można przypisać, bo brakuje któregoś z warunków odpowiedzialności moralnej.
Teologia moralna wypracowała na to pojęcie działania *bona fide* – w dobrej wierze. To wewnętrzne, wypracowane z należytą starannością przekonanie, że nasze działanie jest prawe, nawet jeśli obiektywnie błądzimy. Rozróżnia się *bona fides stricte dicta* – pełną wewnętrzną pewność co do słuszności czynu – oraz *bona fides minus stricte dicta*, gdy działamy mimo wątpliwości, bo roztropny osąd wskazuje, że w danej chwili nie mamy obowiązku postąpić inaczej. W obu przypadkach obowiązuje kategoryczny nakaz: iść za głosem sumienia. Dobra wiara nie zwalnia jednak z obowiązku formowania sumienia – jeśli błąd wynika z lenistwa duchowego czy z nawyku do grzechu, o autentycznej dobrej wierze nie ma mowy. Mówi o tym sam Katechizm:
Warto tu od razu sprostować powszechne nieporozumienie: stan ignorancji niepokonalnej to nie to samo, co „nie wiedziałem, że Kościół czegoś zabrania”. To sytuacja o wiele głębsza – ktoś zna stanowisko Kościoła, zna je dobrze, stale się formuje, szuka prawdy, a mimo to jego sumienie dochodzi do innych wniosków, niż Magisterium Kościoła. To jest właśnie ten stan, o którym mówi katechizm, a nie zwykła niewiedza.
Ile pewności potrzeba, żeby mówić o grzechu ciężkim?
Tu dochodzimy do sprawy, o której rzadko się mówi wprost, zwłaszcza w konfesjonale. Katechizm precyzuje warunki grzechu ciężkiego:
> „1857 Aby grzech był śmiertelny, są konieczne jednocześnie trzy warunki: »Grzechem śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą« (Jan Paweł II).”
Pełna świadomość to sto procent, nie dziewięćdziesiąt osiem. Grzech świadomy w 98% nie jest grzechem w pełni świadomym, więc nie może być grzechem ciężkim. Tak, kochani.
Kodeks Prawa Kanonicznego mówi wprost, z czego w ogóle mamy obowiązek się spowiadać:
> „Kan. 988 § 1. Wierny jest obowiązany wyznać co do liczby i rodzaju wszelkie grzechy ciężkie popełnione po chrzcie, a jeszcze przez władzę kluczy Kościoła bezpośrednio nie odpuszczone i nie wyznane w indywidualnej spowiedzi, które sobie przypomina po dokładnym rachunku sumienia.
§ 2. Zaleca się wiernym, by wyznawali także grzechy powszednie”.
Wyznawanie grzechów powszednich nie jest więc obowiązkiem. A teraz przyznajcie się – kto o tym wiedział? Większość ludzi dowiaduje się o tym w bardzo późnej dorosłości.
Ksiądz doktor Kaszowski, znany teolog moralista, ujmował to tak: jeśli ktoś starający się żyć zgodnie z sumieniem nie potrafi dokładnie określić stopnia swojej winy, to znaczy, że budzący wątpliwość grzech nie był ciężki – sama niepewność co do świadomości i dobrowolności działania jest dowodem, że grzechu ciężkiego tam nie było. Innymi słowy: wyznajemy to, co do czego jesteśmy w stu procentach przekonani, że było w pełni świadomym i w pełni dobrowolnym wielkim złem. Wątpliwość działa na korzyść – nie dlatego, że ktoś chce się wykręcić, tylko dlatego, że sama wątpliwość świadczy o braku pełnej świadomości.
Czy każda nauka Kościoła jest tego samego kalibru?
Tu robi się ciekawie, bo bardzo rzadko mówi się ludziom, że nauczanie Kościoła ma swoją hierarchię – i to nie jest moja teza, tylko wprost sformułowana zasada:
> Dekret o ekumenizmie, 11: „Porównując doktryny, niech [teologowie katoliccy] pamiętają o istnieniu porządku czy »hierarchii« prawd nauki katolickiej, ponieważ różny jest ich związek z fundamentem wiary chrześcijańskiej”.
Kodeks Prawa Kanonicznego rozróżnia „stopnie” związania nauczaniem Kościoła:
> „Kan. 749 § 3. Tylko wtedy należy uznać jakąś naukę za nieomylnie określoną, gdy to zostało wyraźnie stwierdzone.”
> „Kan. 750 § 2. Ponadto należy bez zastrzeżeń przyjąć i zachowywać wszystkie i poszczególne prawdy dotyczące wiary lub moralności, które Nauczycielski Urząd Kościoła ogłasza w sposób definitywny (...); sprzeciwia się więc nauczaniu Kościoła katolickiego ten, kto odrzuca twierdzenia, które należy przyjąć w sposób definitywny.”
> „Kan. 752. Wprawdzie nie akt wiary, niemniej jednak religijne posłuszeństwo rozumu i woli należy okazywać nauce, którą głosi Papież lub Kolegium Biskupów w sprawach wiary i obyczajów, gdy sprawują autentyczne nauczanie, chociaż nie zamierzają przedstawić jej w sposób definitywny. Stąd wierni powinni starać się unikać wszystkiego, co się z tą nauką nie zgadza.”
Zwróćmy uwagę na słowo „starać się” – ono nie znaczy tyle, co bezwzględny nakaz. A Kongregacja Nauki Wiary, w czasach gdy stała na jej czele osoba kard. Ratzingera, dodawała, że wypowiedź przeciwna prawdom nauczanym w sposób nieostateczny może być co najwyżej zakwalifikowana jako błędna albo niebezpieczna – nie jako herezja, nie jako zerwanie jedności z Kościołem. Kongregacja przyznawała też wprost, że przyjęcie takiego nauczania jest stopniowalne, zależnie od częstotliwości jego głoszenia, sposobu ujęcia i intencji wyrażonej przez sam charakter dokumentu.
Sumienie, Kościół a prawo naturalne – kto ma tu głos?
Konstytucja soborowa Gaudium et Spes, podpisana osobiście przez Pawła VI, mówi tak:
> Art. 16: „W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny (...). Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo, wobec którego posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony. Sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa.”
Jan Paweł II, komentując naukę soborową w Veritatis splendor, dodaje coś, co łatwo przeoczyć:
> Veritatis splendor, 40: „Nauczanie soborowe podkreśla z jednej strony czynny udział ludzkiego rozumu w odkrywaniu i stosowaniu prawa moralnego: życie moralne wymaga twórczego myślenia i inteligencji właściwych osobie, która jest źródłem i przyczyną własnych świadomych czynów.”
> Veritatis splendor, 43: „W porównaniu do innych stworzeń (...) stworzenie rozumne poddane jest Bożej opatrzności w sposób bardziej szlachetny, jako że samo staje się uczestnikiem opatrzności (...); ten udział rozumnego stworzenia w odwiecznym prawie nazywany jest prawem naturalnym.”
Sumienie nie tworzy prawa naturalnego – tak samo, jak nie tworzy go sam Kościół. Oba je rozpoznają, oba je interpretują. A jeśli ktoś ma kompetencję do interpretacji czegoś, to samo w sobie nie wyklucza kompetencji kogoś innego do tego samego. Uprawnienie drugiej strony wyklucza tylko wyłączna kompetencja.
Ratzinger o sumieniu
Nikt inny, jak właśnie Joseph Ratzinger, naczelny krytyk relatywizmu moralnego, późniejszy Papież Benedykt XVI, komentując artykuł 16 Konstytucji Soborowej Gaudium et Spes, napisał zdanie, które wielu zaskakuje:
> „Ponad papieżem jako wyrazem wiążącego roszczenia władzy kościelnej stoi własne sumienie, któremu należy być posłusznym przede wszystkim, w razie potrzeby nawet przeciwko wymaganiom władzy kościelnej. To podkreślenie roli jednostki, której sumienie stawia ją przed najwyższym i ostatecznym trybunałem, ostatecznie wykraczającym poza roszczenia zewnętrznych grup społecznych, nawet oficjalnego Kościoła, ustanawia również zasadę przeciwstawiającą się narastającemu totalitaryzmowi.” (tłum. własne; J. Ratzinger [w:] H. Vorgrimler (red.), *Commentary on the documents of Vatican II*, t. 5, Herder and Herder, Nowy Jork 1969, s. 134 i n.)
W oryginale to zdanie brzmi: „*if necessary even against the requirement of ecclesiastical authority*” – nie „inaczej”, tylko „*against*”, przeciwko. To ważne rozróżnienie, bo słowo „przeciwko” zakłada świadomy sprzeciw – a więc znajomość tego, czemu się sprzeciwiamy. Ktoś, kto po prostu nie zna jakiegoś zakazu, nie postępuje „przeciwko” niemu, tylko co najwyżej niezgodnie z nim. To dlatego określanie ignorancji niepokonalnej jako zwykłej „niezawinionej nieznajomości nauczania” bywa nieporozumieniem – prawdziwa ignorancja niepokonalna zakłada raczej pełną znajomość stanowiska Kościoła i mimo to odmienny osąd sumienia.
Kościół też się uczy i też przeprasza
Trzeba tu z pokorą powiedzieć jedną rzecz: nie zawsze nauczanie Kościoła miało we wszystkim rację, i sam Kościół to dziś przyznaje. Papież Leon XIV oficjalnie przeprosił świat za to, jak długo Kościołowi zajęło jednoznaczne potępienie niewolnictwa, a nawet za to, że Kościół sam przyczyniał się do jego podtrzymywania. To nie jest odosobniony przypadek. Kiedyś wierzono, że nieochrzczone dzieci zmarłe przed chrztem trafiają do Limbusa – dopiero Benedykt XIV ten pogląd podważył. Kiedyś Kościół dopuszczał karę śmierci; dopiero za Franciszka zmieniono zapis katechizmu i jednoznacznie się jej sprzeciwiono, a Leon XIV idzie w tym samym kierunku. Za czasów Jana XXIII pod groźbą grzechu ciężkiego zabraniano korzystania z psychoterapii u psychoanalityków. Święty Augustyn uważał, że to właśnie przez współżycie małżeńskie przekazywany jest grzech pierworodny, a średniowieczni teologowie sądzili, że małżonkowie, ulegając pożądliwości nawet we własnym łożu, zaciągają grzech lekki. Kiedyś podstawowym celem seksu w małżeństwie była wyłącznie prokreacja – dziś uznaje się cele jednoczący i prokreacyjny za równorzędne. Kiedyś zachęcano do wypraw krzyżowych, dziś Leon XIV naucza, że Bóg nie słucha modlitw tych, którzy prowadzą wojny. U zarania chrześcijaństwa stronnictwo świętego Piotra chciało narzucać nawróconym poganom zwyczaje żydowskie, święty Paweł uważał inaczej – i to on wygrał ten spór, spór z pierwszym papieżem. Kiedyś ksiądz podczas Mszy stał tyłem do wiernych, komunię przyjmowało się tylko klęcząco i do ust; dziś stoi przodem, a komunię można przyjąć na rękę. Istniały bardzo restrykcyjne normy postu eucharystycznego, których dziś nikt już nie zna. Samobójcom odmawiano niegdyś pogrzebu i z góry skazywano ich na potępienie – dziś, znając choćby postęp psychiatrii, podchodzi się do tego zupełnie inaczej. Małżeństwa zawierane pod przymusem nie budziły niegdyś zastrzeżeń – dziś takie małżeństwo jest po prostu z mocy prawa nieważne. Jedenastowieczny penitencjał biskupa Burcharda z Worms nakładał dziesięciodniową pokutę o chlebie i wodzie za współżycie w czasie menstruacji żony czy w niedzielę. Jan Paweł II w Familiaris consortio otworzył drogę do Komunii dla rozwodników żyjących w nowych związkach bez współżycia, a Franciszek w Amoris laetitia tę naukę jeszcze pogłębił.
Czy to podążanie za „duchem tego świata”, którego niektórzy tak panicznie się boją, czy raczej dojrzewanie doktryny, w którym – jak wielokrotnie się okazywało – to właśnie czyjś sąd sumienia wyprzedzał oficjalne stanowisko Kościoła?
Nie każdy głos wewnętrzny to sumienie
Trzeba tu jednak uczynić bardzo ważne zastrzeżenie, bo prymat sumienia to nie jest przepustka do robienia, na co się ma ochotę.
To znaczy, że nie każdy wewnętrzny impuls jest sumieniem. Bywa lękiem, bywa superego, bywa ideologią – tak jak u zbrodniarzy, którzy tłumaczyli swoje czyny „głosem sumienia”, choć w rzeczywistości szli za ideologią, a nie za prawdą. Ratzinger sam poświęcił temu paradoksowi refleksję w książce „Prawda, wartości, władza”. W rozeznaniu, co jest prawdziwym głosem sumienia, a co czymś innym, pomaga – jak mówi tradycja duchowa – łaska rozróżniania duchów.
Ks. Grzegorz Strzelczyk – polski teolog, pisząc o neurobiologicznych podstawach sumienia, zwraca uwagę na coś, co dziś wiemy, a czego nie wiedzieli ani Ojcowie Kościoła, ani średniowieczni scholastycy: mechanizmy związane z sumieniem i poczuciem winy nie mają charakteru czysto duchowego, tylko są też funkcją materii, a więc podlegają zmianom kondycji organizmu. To wcale nie umniejsza sumienia – wręcz przeciwnie, pokazuje, że łaska buduje na naturze, a lęk, lub inne emocje mogą sprawiać wrażenie niepewności sumienia, podczas gdy sam sąd rozumu może być całkowicie klarowny: to dobre, to złe. Nie bójmy się więc tego pierwiastka subiektywności w sumieniu – jesteśmy ludźmi, to jest sąd naszego ludzkiego rozumu. Trzeba tu odróżnić dwie rzeczy: samo sumienie może być całkowicie pewne – to dobre, to złe, to dobre pod warunkiem że… – a jedynie głosy poboczne w rodzaju „a co, jeśli nie masz racji?”, „a co powiedzą inni?”, „a jeśli spotka cię kara?” mogą sprawiać wrażenie niepewności, choć w rzeczywistości nie pochodzą z sumienia, tylko z lęku. Dlatego nie bójmy się myśleć – grzech to świadome i dobrowolne popełnienie zła, a nie zwykła pomyłka.
Czy prymat sumienia działa tylko w jedną stronę?
Trzeba się zmierzyć wprost z zarzutem, który wraca w tej dyskusji uparcie: jakoby prymat sumienia obowiązywał wybiórczo – tylko wtedy, gdy Kościół czegoś nie uznaje za grzech, a sumienie mimo to je w tym widzi. To nieprawda, a katechizm nie zostawia tu miejsca na wybiórczość:
> „KKK 1790 Człowiek powinien być ZAWSZE posłuszny pewnemu sądowi swojego sumienia. Gdyby dobrowolnie działał przeciw takiemu sumieniu, potępiałby sam siebie.”
Zawsze – nie „czasem”, nie „gdy akurat zbiega się to z nauczaniem Kościoła”, nie „tylko gdy sumienie każe więcej, niż wymaga Kościół”. To kluczowe słowo „zawsze” działa w obie strony. Jeśli czyjeś sumienie – po rzetelnym rozeznaniu, modlitwie i konsultacji – dochodzi do wniosku, że coś, czego Kościół (jeszcze) nie nazywa grzechem, jest w danej sytuacji złem, to człowiek ma obowiązek tego unikać. I odwrotnie: jeśli sumienie, mimo szczerego wysiłku poznania nauczania Kościoła, nie znajduje w czymś zła, człowiek nie może być zmuszany do działania wbrew temu przekonaniu. Zasada jest symetryczna, bo dotyczy samej struktury sumienia, a nie kierunku, w którym akurat wygodnie ją zastosować. Do tego właśnie odnosi się przywołany już wcześniej komentarz Ratzingera do art. 16 Gaudium et Spes: sumienie stoi ponad każdym roszczeniem władzy – także wtedy, gdy owo roszczenie jest bardziej rygorystyczne niż osąd sumienia, i także wtedy, gdy jest od niego łagodniejsze. Z tym słowem „zawsze” nie da się wygrać, dopisując do niego warunki, których w Magisterium po prostu nie ma.
Nie warto też straszyć się nawzajem ignorancją pokonalną (czyli tą niezwalniającą z odpowiedzialności moralnej), jakby miała być pałką na każdego, kto dojdzie do innych wniosków niż otoczenie. Jeśli człowiek naprawdę wiele dba o poszukiwanie prawdy i dobra – a to jest coś, co w gruncie rzeczy każdy wie o sobie samym, nie ktoś z zewnątrz – to może w tej sprawie spać spokojnie. Ktoś z zewnątrz może co najwyżej powiedzieć „uważam, że się mylisz”, ale to nie jest dla takiej osoby wiążące. Akt moralny tryska z wnętrza człowieka – jeśli tak nie jest, to mamy do czynienia z przymusem, a nie aktem moralnym. Bo jeśli ktoś rzeczywiście jest w błędzie, to właśnie dlatego, że sam tego błędu nie widzi – w przeciwnym razie by w nim nie trwał. Sama czyjaś opinia z zewnątrz nie zmienia tego automatycznie, choć oczywiście warto ją wziąć pod uwagę i się nad nią zastanowić – refleksji nigdy za wiele.
Co mówi o tym Pismo Święte?
Prymat sumienia nie jest wynalazkiem współczesnej teologii – wywodzi się od świętego Tomasza z Akwinu, ale przede wszystkim ma oparcie wprost w słowach świętego Pawła. List do Rzymian, rozdział 14, mówi to czarno na białym:
> A tego, który jest słaby w wierze, przygarniajcie życzliwie, bez spierania się o poglądy. Jeden jest zdania, że można jeść wszystko, drugi, słaby, jada tylko jarzyny. Ten, kto jada wszystko, niech nie pogardza tym, który nie wszystko jada, a ten, który nie jada, niech nie potępia tego, który jada; bo Bóg go łaskawie przygarnął. Kim jesteś ty, co się odważasz sądzić cudzego sługę? To, czy on stoi, czy upada, jest rzeczą jego Pana. Ostoi się zresztą, bo jego Pan ma moc utrzymać go na nogach.
Jeden czyni różnicę między poszczególnymi dniami, drugi zaś uważa wszystkie za równe: niech się każdy trzyma swego przekonania! Kto przestrzega pewnych dni, przestrzega ich dla Pana, a kto jada wszystko – jada dla Pana. Bogu przecież składa dzięki. A kto nie jada wszystkiego – nie jada ze względu na Pana, i on również dzięki składa Bogu. Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc, i w śmierci należymy do Pana. Po to bowiem Chrystus umarł i powrócił do życia, by zapanować tak nad umarłymi, jak nad żywymi.
Dlaczego więc ty potępiasz swego brata? Albo dlaczego gardzisz swoim bratem? Wszyscy przecież staniemy przed trybunałem Boga. Napisane jest bowiem:
„Na moje życie – mówi Pan – przede Mną klęknie wszelkie kolano,
a każdy język wielbić będzie Boga”.
Tak więc każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu.
Przestańmy więc wyrokować jedni o drugich. A raczej to zawyrokujcie, by nie dawać bratu sposobności do upadku lub zgorszenia. Wiem i przekonany jestem w Panu Jezusie, że nie ma niczego, co by samo przez się było nieczyste, a jest nieczyste tylko dla tego, kto je uważa za nieczyste. Gdy więc stanowiskiem w sprawie pokarmów zasmucasz swego brata, nie postępujesz już zgodnie z miłością. Tym swoim stanowiskiem w sprawie pokarmów nie narażaj na zgubę tego, za którego umarł Chrystus.
Niech więc posiadane przez was dobro nie stanie się sposobnością do bluźnierstwa! Bo królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym. A kto w taki sposób służy Chrystusowi, ten podoba się Bogu i ma uznanie u ludzi. Starajmy się więc o to, co służy sprawie pokoju i wzajemnemu zbudowaniu. Nie burz dzieła Bożego ze względu na pokarmy! Wprawdzie każda rzecz jest czysta, stałaby się jednak zła, jeśliby człowiek, spożywając ją, dawał przez to zgorszenie. Dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa i nie pić wina, i nie czynić niczego, co twego brata razi.
A swoje własne przekonanie zachowaj dla siebie przed Bogiem. Szczęśliwy ten, kto w postanowieniach siebie samego nie potępia. Kto bowiem spożywa pokarmy, mając przy tym wątpliwości, ten potępia samego siebie, bo nie postępuje zgodnie z przekonaniem. Wszystko bowiem, co się czyni niezgodnie z przekonaniem, jest grzechem.
Chciałbym być tu bardzo precyzyjny co do jednej rzeczy: nie twierdzę, że sam fakt bycia nauką soborową czyni coś automatycznie nieomylnym w każdym calu – to byłoby zbyt daleko idące uproszczenie. Twierdzę natomiast, że prymat sumienia ma najwyższą możliwą rangę z innego powodu: wynika wprost z natchnionego tekstu Pisma Świętego, a Pismo Święte – zgodnie z dogmatem o jego nieomylności – jest wolne od błędu w sprawach wiary i moralności. Skoro św. Paweł naucza tego w Liście do Rzymian, to nie jest to opinia jednego teologa czy jednego papieża, tylko część natchnionego depozytu, do którego cała późniejsza refleksja – łącznie z Tomaszem z Akwinu, Newmanem czy Soborem Watykańskim II – jedynie się odwołuje i który rozwija.
Kto ma prawo osądzić cudze sumienie?
Jest jeszcze jeden obszar, w którym ta sama zasada bywa nagminnie pomijana, a dotyczy on czegoś bardzo konkretnego: kto właściwie ma prawo stwierdzić, że drugi człowiek znajduje się w stanie grzechu ciężkiego?
Otóż nikt poza Bogiem, tą osobą i jej sumieniem.
To sumienie danego człowieka – a nie szafarz podający Komunię albo nawet spowiednik – ocenia ostatecznie, czy w czyimś przypadku doszło do grzechu ciężkiego. Może się bowiem okazać, że mimo zaistnienia obiektywnego zła, dana osoba znajduje się w okolicznościach, które wyłączają grzech: brak pełnej świadomości zła, brak pełnej dobrowolności, o których to okolicznościach szafarz albo spowiednik po prostu nie wiedzą. Dla kogoś z zewnątrz stwierdzenie „on na pewno jest w stanie grzechu ciężkiego” jest w praktyce niemal niemożliwe – a tym bardziej, gdy nie zna się tej osoby ani pełnego kontekstu jej sytuacji. Dlatego „ratowanie” ludzi na siłę przed rzekomo świętokradzkim przyjęciem Komunii jest błędem: nigdy nie znamy naprawdę stanu cudzego sumienia.
Bo grzech ciężki to nie sam „czyn zabroniony”. To czyn popełniony w warunkach pełnej dobrowolności i pełnej świadomości zła. W ocenie moralnej drugiego człowieka bardzo łatwo o skrót myślowy: zero-jedynkowe stwierdzenie, że dane zachowanie zaistniało lub nie zaistniało, z pominięciem pozostałych elementów konstrukcyjnych grzechu. Tymczasem życie nie jest czarno-białe. Weźmy choćby zgorszenie: samo jego wystąpienie to tylko jedna z przesłanek grzechu zgorszenia. Bo nie zawsze taki czyn popełniany jest w pełni świadomie co do zła, i nie zawsze w pełni dobrowolnie – choćby wtedy, gdy np. przełożony w jakiejś strukturze wymusza określone głosowanie czy określone wypowiedzi w mediach pod groźbą usunięcia ze stanowiska i utraty środków na utrzymanie rodziny. Teoretycznie zawsze „można odejść” – w praktyce nie zawsze jest to takie proste.
A czy odmowa Komunii rzeczywiście „uświadomi” komuś grzech, jak się czasem zakłada? Nie. Uświadomi mu jedynie, że ktoś inny ocenia jego czyn jako zło. To fundamentalna różnica. Człowiek nie jest związany oceną drugiej osoby – jest związany w pierwszej kolejności osądem własnego sumienia. Jak mówi Katechizm: „sumienie jest pierwszym ze wszystkich Namiestników Chrystusa”. Rozpoznać zło ma sumienie, a to nie jest to samo, co otrzymanie zewnętrznej informacji od kogoś, kto sam przecież jest omylny i nie ma prawa stawiać się wyżej niż cudze sumienie. Akt moralny rozgrywa się we wnętrzu człowieka, a nie w momencie podporządkowania się cudzej ocenie.
Warto tu jeszcze rozdzielić dwie rzeczy, które łatwo się mylą: świadomość popełnienia czynu i świadomość zła tego czynu. W świadomości rozumianej jako obligatoryjny element konstrukcji grzechu nie chodzi tylko o to, czy ktoś był przytomny, trzeźwy i działał bez przymusu fizycznego – to dopiero warunek wstępny. Przesłanka pełnej świadomości, o której mówi katechizm, dotyczy czegoś głębszego: świadomości, że to, co się za chwilę zrobi, jest świadomym i dobrowolnym złem, które obciąży sumienie grzechem. To nie czyn zgodnie z Katechizmem ma być popełniony świadomie – to grzech musi być popełniony świadomie. KKK 1857: „Aby grzech był śmiertelny, są konieczne jednocześnie trzy warunki: "Grzechem śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą" (Jan Paweł II)”. Czyn nie równa się grzech. I dlatego to sumienie – „pierwszy ze wszystkich namiestników Chrystusa”, jak mówi katechizm – a nie szafarz Komunii, czy spowiednik, jest ostateczną instancją do tej oceny.
Nie lękajcie się
Jan Paweł II napisał w Veritatis splendor zdanie, które warto zapamiętać jako klucz do wszystkiego powyżej:
> „Kościół pragnie jedynie służyć sumieniu” (VS 64).
A Franciszek w Amoris Laetitia dodał:
> „Z trudem dajemy też miejsce dla sumienia wiernych, którzy pośród swoich ograniczeń często odpowiadają najlepiej, jak potrafią, na Ewangelię i mogą rozwijać swoje własne rozeznanie w sytuacji, gdy wszystkie systemy upadają. Jesteśmy powołani do kształtowania sumień, nie zaś domagania się, by je zastępować” (AL 37).
Nie chodzi więc o żadną wolną amerykankę, o robienie, na co się ma ochotę, ani o unieważnianie nauczania Kościoła według własnego widzimisię. Chodzi o coś znacznie poważniejszego i znacznie bardziej wymagającego: o stałe, uczciwe, pokorne formowanie sumienia w oparciu o Ewangelię, o modlitwę, o rozmowę z kierownikiem duchowym – i o odwagę, by na końcu tej drogi być posłusznym temu, co ten najtajniejszy ośrodek człowieka, w którym – jak uczy Sobór – przebywa on sam z Bogiem, naprawdę mówi.
Myślę, że zarzucanie wszystkim ludziom sumienia, że stosują wykręty, samousprawiedliwiają się albo oszukują podważa nie tyle sens prymatu sumienia, co samego fenomenu istnienia sumienia. Gdyby bowiem Kościół uznał, że człowiek z natury nie jest w stanie stanąć uczciwie w prawdzie o sobie, nie istniałyby rachunki sumienia, a spowiedź polegałaby na odpytywaniu przez spowiednika penitenta z dłuuuugiej listy możliwych do popełnienia grzechów.
Św. Kard. John Henry Newman, którego Kościół ogłosił niedawno Doktorem Kościoła – i to nie byle jakim, bo Doktorem Sumienia – napisał kiedyś zdanie, które najlepiej, jak to możliwe, podsumowuje całą sprawę:
> „Gdybym miał sprowadzić religię do toastów po obiedzie (choć z pewnością nie o to chodzi), wypiłbym rzecz jasna za Papieża, ale – jeśli można – jednak najpierw za Sumienie, a za Papieża później.”
Prośmy Boga o odwagę w głoszeniu prymatu sumienia, o odwagę w życiu zgodnie ze swoim sumieniem, a także o pokorę i łaskę rozróżniania duchów, aby zawsze mieć pewność, że przemawia do nas sam Bóg.
Ten pierwszy wpis...
On do złudzenia mi przypomina artykuł, który widziałam ostatnio w pewnym zagranicznym katolickim czasopiśmie.
Przetłumaczyłam w AI
Sumienie - głos, którego nikt za nas nie usłyszy
Jest taka scena w Ewangelii, do której lubię wracać myślą, kiedy słyszę, jak ktoś próbuje zamknąć drugiego człowieka w ciasnej klatce przepisu. Uczniowie idą przez pole, są głodni, więc zrywają kłosy i jedzą ziarno. Faryzeusze widzą w tym przestępstwo przeciw szabatowi. Jezus pozwala uczniom się posilić – „łamie normę religijną” i odpowiada kapłanom przykładem Dawida, który zjadł chleby pokładne zastrzeżone dla kapłanów, i dodaje zdanie, które od dwóch tysięcy lat rozsadza legalizm religijny i faryzeizm od środka: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Jeden z komentatorów tej sceny napisał, że to właśnie tutaj widać różnicę między religią prawdziwą a fałszywą: fałszywa bierze fragment przepisu, odrywa go od całości i z rzeczy błahej robi wielki grzech, a jednocześnie nie dostrzega grzechów naprawdę poważnych. Jezus nie neguje Prawa – pokazuje, że ponad literą stoi coś, co się w człowieku nazywa rozeznaniem w konkretnej sytuacji. To jest już, w zalążku, mowa o sumieniu.
Chciałbym w tym tekście uporządkować kilka rzeczy, które – jak zauważyłem – w Kościele amerykańskim są oczywiste, lecz w wielu krajach mało kto o nich słyszał..
Sumienie jako pierwszy, najwyższy trybunał moralny
Katechizm Kościoła Katolickiego nie zostawia w tej sprawie wątpliwości:
> „KKK 1778 Sumienie moralne jest sądem rozumu, przez który osoba ludzka rozpoznaje jakość moralną konkretnego czynu, który zamierza wykonać, którego właśnie dokonuje lub którego dokonała. Człowiek we wszystkim tym, co mówi i co czyni, powinien wiernie iść za tym, o czym wie, że jest słuszne i prawe. Właśnie przez sąd swego sumienia człowiek postrzega i rozpoznaje nakazy prawa Bożego. Sumienie jest pierwszym ze wszystkich namiestników Chrystusa (J. H. Newman, List do księcia Norfolku, 5).”
I dalej:
> „KKK 1782 Człowiek ma prawo działać zgodnie z sumieniem i wolnością, by osobiście podejmować decyzje moralne. »Nie wolno więc go zmuszać, aby postępował wbrew swojemu sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej« (Sobór Watykański II, dekl. Dignitatis humanae, 3).”
A na koniec, jakby w formie klamry:
> „KKK 1790 Człowiek powinien być zawsze posłuszny pewnemu sądowi swojego sumienia. Gdyby dobrowolnie działał przeciw takiemu sumieniu, potępiałby sam siebie.”
To słowo „zawsze” jest bardzo mocne i bardzo wyraźnie podkreślone. Wraca ono w nauce o sumieniu w nieskończoność i naprawdę trudno je czymkolwiek obejść – nie pomaga wymyślanie nawet najbardziej pomysłowych „obostrzeń”.
Kiedy błądzimy w dobrej wierze?
Zaraz jednak pojawia się pytanie: co, jeśli sumienie się myli? Katechizm odpowiada i na to:
> „1791 Ignorancja często może być przypisana odpowiedzialności osobistej. Dzieje się tak, »gdy człowiek niewiele dba o poszukiwanie prawdy i dobra, a sumienie z nawyku do grzechu powoli ulega niemal zaślepieniu«. W tych przypadkach osoba jest odpowiedzialna za zło, które popełnia.”
> „KKK 1793 Jeśli – przeciwnie – ignorancja jest niepokonalna lub sąd błędny bez odpowiedzialności podmiotu moralnego, to zło popełnione przez osobę nie może być jej przypisane. Mimo to pozostaje ono złem, brakiem, nieporządkiem. Konieczna jest więc praca nad poprawianiem błędów sumienia”.
Wniosek jest bardzo prosty – gdy człowiek WIELE dba o poszukiwanie prawdy i dobra, a człowiek NIE uległ nawykowi do grzechu, może spać spokojnie.
„Zło popełnione przez osobę nie może być jej przypisane” – w języku Kościoła znaczy po prostu, że ta osoba nie popełnia grzechu. Możliwe nawet, że coś obiektywnie złego się wydarzyło, ale grzechu nikomu nie można przypisać, bo brakuje któregoś z warunków odpowiedzialności moralnej.
Teologia moralna wypracowała na to pojęcie działania *bona fide* – w dobrej wierze. To wewnętrzne, wypracowane z należytą starannością przekonanie, że nasze działanie jest prawe, nawet jeśli obiektywnie błądzimy. Rozróżnia się *bona fides stricte dicta* – pełną wewnętrzną pewność co do słuszności czynu – oraz *bona fides minus stricte dicta*, gdy działamy mimo wątpliwości, bo roztropny osąd wskazuje, że w danej chwili nie mamy obowiązku postąpić inaczej. W obu przypadkach obowiązuje kategoryczny nakaz: iść za głosem sumienia. Dobra wiara nie zwalnia jednak z obowiązku formowania sumienia – jeśli błąd wynika z lenistwa duchowego czy z nawyku do grzechu, o autentycznej dobrej wierze nie ma mowy. Mówi o tym sam Katechizm:
Warto tu od razu sprostować powszechne nieporozumienie: stan ignorancji niepokonalnej to nie to samo, co „nie wiedziałem, że Kościół czegoś zabrania”. To sytuacja o wiele głębsza – ktoś zna stanowisko Kościoła, zna je dobrze, stale się formuje, szuka prawdy, a mimo to jego sumienie dochodzi do innych wniosków, niż Magisterium Kościoła. To jest właśnie ten stan, o którym mówi katechizm, a nie zwykła niewiedza.
Ile pewności potrzeba, żeby mówić o grzechu ciężkim?
Tu dochodzimy do sprawy, o której rzadko się mówi wprost, zwłaszcza w konfesjonale. Katechizm precyzuje warunki grzechu ciężkiego:
> „1857 Aby grzech był śmiertelny, są konieczne jednocześnie trzy warunki: »Grzechem śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą« (Jan Paweł II).”
Pełna świadomość to sto procent, nie dziewięćdziesiąt osiem. Grzech świadomy w 98% nie jest grzechem w pełni świadomym, więc nie może być grzechem ciężkim. Tak, kochani.
Kodeks Prawa Kanonicznego mówi wprost, z czego w ogóle mamy obowiązek się spowiadać:
> „Kan. 988 § 1. Wierny jest obowiązany wyznać co do liczby i rodzaju wszelkie grzechy ciężkie popełnione po chrzcie, a jeszcze przez władzę kluczy Kościoła bezpośrednio nie odpuszczone i nie wyznane w indywidualnej spowiedzi, które sobie przypomina po dokładnym rachunku sumienia.
§ 2. Zaleca się wiernym, by wyznawali także grzechy powszednie”.
Wyznawanie grzechów powszednich nie jest więc obowiązkiem. A teraz przyznajcie się – kto o tym wiedział? Większość ludzi dowiaduje się o tym w bardzo późnej dorosłości.
Ksiądz doktor Kaszowski, znany teolog moralista, ujmował to tak: jeśli ktoś starający się żyć zgodnie z sumieniem nie potrafi dokładnie określić stopnia swojej winy, to znaczy, że budzący wątpliwość grzech nie był ciężki – sama niepewność co do świadomości i dobrowolności działania jest dowodem, że grzechu ciężkiego tam nie było. Innymi słowy: wyznajemy to, co do czego jesteśmy w stu procentach przekonani, że było w pełni świadomym i w pełni dobrowolnym wielkim złem. Wątpliwość działa na korzyść – nie dlatego, że ktoś chce się wykręcić, tylko dlatego, że sama wątpliwość świadczy o braku pełnej świadomości.
Czy każda nauka Kościoła jest tego samego kalibru?
Tu robi się ciekawie, bo bardzo rzadko mówi się ludziom, że nauczanie Kościoła ma swoją hierarchię – i to nie jest moja teza, tylko wprost sformułowana zasada:
> Dekret o ekumenizmie, 11: „Porównując doktryny, niech [teologowie katoliccy] pamiętają o istnieniu porządku czy »hierarchii« prawd nauki katolickiej, ponieważ różny jest ich związek z fundamentem wiary chrześcijańskiej”.
Kodeks Prawa Kanonicznego rozróżnia „stopnie” związania nauczaniem Kościoła:
> „Kan. 749 § 3. Tylko wtedy należy uznać jakąś naukę za nieomylnie określoną, gdy to zostało wyraźnie stwierdzone.”
> „Kan. 750 § 2. Ponadto należy bez zastrzeżeń przyjąć i zachowywać wszystkie i poszczególne prawdy dotyczące wiary lub moralności, które Nauczycielski Urząd Kościoła ogłasza w sposób definitywny (...); sprzeciwia się więc nauczaniu Kościoła katolickiego ten, kto odrzuca twierdzenia, które należy przyjąć w sposób definitywny.”
> „Kan. 752. Wprawdzie nie akt wiary, niemniej jednak religijne posłuszeństwo rozumu i woli należy okazywać nauce, którą głosi Papież lub Kolegium Biskupów w sprawach wiary i obyczajów, gdy sprawują autentyczne nauczanie, chociaż nie zamierzają przedstawić jej w sposób definitywny. Stąd wierni powinni starać się unikać wszystkiego, co się z tą nauką nie zgadza.”
Zwróćmy uwagę na słowo „starać się” – ono nie znaczy tyle, co bezwzględny nakaz. A Kongregacja Nauki Wiary, w czasach gdy stała na jej czele osoba kard. Ratzingera, dodawała, że wypowiedź przeciwna prawdom nauczanym w sposób nieostateczny może być co najwyżej zakwalifikowana jako błędna albo niebezpieczna – nie jako herezja, nie jako zerwanie jedności z Kościołem. Kongregacja przyznawała też wprost, że przyjęcie takiego nauczania jest stopniowalne, zależnie od częstotliwości jego głoszenia, sposobu ujęcia i intencji wyrażonej przez sam charakter dokumentu.
Sumienie, Kościół a prawo naturalne – kto ma tu głos?
Konstytucja soborowa Gaudium et Spes, podpisana osobiście przez Pawła VI, mówi tak:
> Art. 16: „W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny (...). Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo, wobec którego posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony. Sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa.”
Jan Paweł II, komentując naukę soborową w Veritatis splendor, dodaje coś, co łatwo przeoczyć:
> Veritatis splendor, 40: „Nauczanie soborowe podkreśla z jednej strony czynny udział ludzkiego rozumu w odkrywaniu i stosowaniu prawa moralnego: życie moralne wymaga twórczego myślenia i inteligencji właściwych osobie, która jest źródłem i przyczyną własnych świadomych czynów.”
> Veritatis splendor, 43: „W porównaniu do innych stworzeń (...) stworzenie rozumne poddane jest Bożej opatrzności w sposób bardziej szlachetny, jako że samo staje się uczestnikiem opatrzności (...); ten udział rozumnego stworzenia w odwiecznym prawie nazywany jest prawem naturalnym.”
Sumienie nie tworzy prawa naturalnego – tak samo, jak nie tworzy go sam Kościół. Oba je rozpoznają, oba je interpretują. A jeśli ktoś ma kompetencję do interpretacji czegoś, to samo w sobie nie wyklucza kompetencji kogoś innego do tego samego. Uprawnienie drugiej strony wyklucza tylko wyłączna kompetencja.
Ratzinger o sumieniu
Nikt inny, jak właśnie Joseph Ratzinger, naczelny krytyk relatywizmu moralnego, późniejszy Papież Benedykt XVI, komentując artykuł 16 Konstytucji Soborowej Gaudium et Spes, napisał zdanie, które wielu zaskakuje:
> „Ponad papieżem jako wyrazem wiążącego roszczenia władzy kościelnej stoi własne sumienie, któremu należy być posłusznym przede wszystkim, w razie potrzeby nawet przeciwko wymaganiom władzy kościelnej. To podkreślenie roli jednostki, której sumienie stawia ją przed najwyższym i ostatecznym trybunałem, ostatecznie wykraczającym poza roszczenia zewnętrznych grup społecznych, nawet oficjalnego Kościoła, ustanawia również zasadę przeciwstawiającą się narastającemu totalitaryzmowi.” (tłum. własne; J. Ratzinger [w:] H. Vorgrimler (red.), *Commentary on the documents of Vatican II*, t. 5, Herder and Herder, Nowy Jork 1969, s. 134 i n.)
W oryginale to zdanie brzmi: „*if necessary even against the requirement of ecclesiastical authority*” – nie „inaczej”, tylko „*against*”, przeciwko. To ważne rozróżnienie, bo słowo „przeciwko” zakłada świadomy sprzeciw – a więc znajomość tego, czemu się sprzeciwiamy. Ktoś, kto po prostu nie zna jakiegoś zakazu, nie postępuje „przeciwko” niemu, tylko co najwyżej niezgodnie z nim. To dlatego określanie ignorancji niepokonalnej jako zwykłej „niezawinionej nieznajomości nauczania” bywa nieporozumieniem – prawdziwa ignorancja niepokonalna zakłada raczej pełną znajomość stanowiska Kościoła i mimo to odmienny osąd sumienia.
Kościół też się uczy i też przeprasza
Trzeba tu z pokorą powiedzieć jedną rzecz: nie zawsze nauczanie Kościoła miało we wszystkim rację, i sam Kościół to dziś przyznaje. Papież Leon XIV oficjalnie przeprosił świat za to, jak długo Kościołowi zajęło jednoznaczne potępienie niewolnictwa, a nawet za to, że Kościół sam przyczyniał się do jego podtrzymywania. To nie jest odosobniony przypadek. Kiedyś wierzono, że nieochrzczone dzieci zmarłe przed chrztem trafiają do Limbusa – dopiero Benedykt XIV ten pogląd podważył. Kiedyś Kościół dopuszczał karę śmierci; dopiero za Franciszka zmieniono zapis katechizmu i jednoznacznie się jej sprzeciwiono, a Leon XIV idzie w tym samym kierunku. Za czasów Jana XXIII pod groźbą grzechu ciężkiego zabraniano korzystania z psychoterapii u psychoanalityków. Święty Augustyn uważał, że to właśnie przez współżycie małżeńskie przekazywany jest grzech pierworodny, a średniowieczni teologowie sądzili, że małżonkowie, ulegając pożądliwości nawet we własnym łożu, zaciągają grzech lekki. Kiedyś podstawowym celem seksu w małżeństwie była wyłącznie prokreacja – dziś uznaje się cele jednoczący i prokreacyjny za równorzędne. Kiedyś zachęcano do wypraw krzyżowych, dziś Leon XIV naucza, że Bóg nie słucha modlitw tych, którzy prowadzą wojny. U zarania chrześcijaństwa stronnictwo świętego Piotra chciało narzucać nawróconym poganom zwyczaje żydowskie, święty Paweł uważał inaczej – i to on wygrał ten spór, spór z pierwszym papieżem. Kiedyś ksiądz podczas Mszy stał tyłem do wiernych, komunię przyjmowało się tylko klęcząco i do ust; dziś stoi przodem, a komunię można przyjąć na rękę. Istniały bardzo restrykcyjne normy postu eucharystycznego, których dziś nikt już nie zna. Samobójcom odmawiano niegdyś pogrzebu i z góry skazywano ich na potępienie – dziś, znając choćby postęp psychiatrii, podchodzi się do tego zupełnie inaczej. Małżeństwa zawierane pod przymusem nie budziły niegdyś zastrzeżeń – dziś takie małżeństwo jest po prostu z mocy prawa nieważne. Jedenastowieczny penitencjał biskupa Burcharda z Worms nakładał dziesięciodniową pokutę o chlebie i wodzie za współżycie w czasie menstruacji żony czy w niedzielę. Jan Paweł II w Familiaris consortio otworzył drogę do Komunii dla rozwodników żyjących w nowych związkach bez współżycia, a Franciszek w Amoris laetitia tę naukę jeszcze pogłębił.
Czy to podążanie za „duchem tego świata”, którego niektórzy tak panicznie się boją, czy raczej dojrzewanie doktryny, w którym – jak wielokrotnie się okazywało – to właśnie czyjś sąd sumienia wyprzedzał oficjalne stanowisko Kościoła?
Nie każdy głos wewnętrzny to sumienie
Trzeba tu jednak uczynić bardzo ważne zastrzeżenie, bo prymat sumienia to nie jest przepustka do robienia, na co się ma ochotę.
To znaczy, że nie każdy wewnętrzny impuls jest sumieniem. Bywa lękiem, bywa superego, bywa ideologią – tak jak u zbrodniarzy, którzy tłumaczyli swoje czyny „głosem sumienia”, choć w rzeczywistości szli za ideologią, a nie za prawdą. Ratzinger sam poświęcił temu paradoksowi refleksję w książce „Prawda, wartości, władza”. W rozeznaniu, co jest prawdziwym głosem sumienia, a co czymś innym, pomaga – jak mówi tradycja duchowa – łaska rozróżniania duchów.
Ks. Grzegorz Strzelczyk – polski teolog, pisząc o neurobiologicznych podstawach sumienia, zwraca uwagę na coś, co dziś wiemy, a czego nie wiedzieli ani Ojcowie Kościoła, ani średniowieczni scholastycy: mechanizmy związane z sumieniem i poczuciem winy nie mają charakteru czysto duchowego, tylko są też funkcją materii, a więc podlegają zmianom kondycji organizmu. To wcale nie umniejsza sumienia – wręcz przeciwnie, pokazuje, że łaska buduje na naturze, a lęk, lub inne emocje mogą sprawiać wrażenie niepewności sumienia, podczas gdy sam sąd rozumu może być całkowicie klarowny: to dobre, to złe. Nie bójmy się więc tego pierwiastka subiektywności w sumieniu – jesteśmy ludźmi, to jest sąd naszego ludzkiego rozumu. Trzeba tu odróżnić dwie rzeczy: samo sumienie może być całkowicie pewne – to dobre, to złe, to dobre pod warunkiem że… – a jedynie głosy poboczne w rodzaju „a co, jeśli nie masz racji?”, „a co powiedzą inni?”, „a jeśli spotka cię kara?” mogą sprawiać wrażenie niepewności, choć w rzeczywistości nie pochodzą z sumienia, tylko z lęku. Dlatego nie bójmy się myśleć – grzech to świadome i dobrowolne popełnienie zła, a nie zwykła pomyłka.
Czy prymat sumienia działa tylko w jedną stronę?
Trzeba się zmierzyć wprost z zarzutem, który wraca w tej dyskusji uparcie: jakoby prymat sumienia obowiązywał wybiórczo – tylko wtedy, gdy Kościół czegoś nie uznaje za grzech, a sumienie mimo to je w tym widzi. To nieprawda, a katechizm nie zostawia tu miejsca na wybiórczość:
> „KKK 1790 Człowiek powinien być ZAWSZE posłuszny pewnemu sądowi swojego sumienia. Gdyby dobrowolnie działał przeciw takiemu sumieniu, potępiałby sam siebie.”
Zawsze – nie „czasem”, nie „gdy akurat zbiega się to z nauczaniem Kościoła”, nie „tylko gdy sumienie każe więcej, niż wymaga Kościół”. To kluczowe słowo „zawsze” działa w obie strony. Jeśli czyjeś sumienie – po rzetelnym rozeznaniu, modlitwie i konsultacji – dochodzi do wniosku, że coś, czego Kościół (jeszcze) nie nazywa grzechem, jest w danej sytuacji złem, to człowiek ma obowiązek tego unikać. I odwrotnie: jeśli sumienie, mimo szczerego wysiłku poznania nauczania Kościoła, nie znajduje w czymś zła, człowiek nie może być zmuszany do działania wbrew temu przekonaniu. Zasada jest symetryczna, bo dotyczy samej struktury sumienia, a nie kierunku, w którym akurat wygodnie ją zastosować. Do tego właśnie odnosi się przywołany już wcześniej komentarz Ratzingera do art. 16 Gaudium et Spes: sumienie stoi ponad każdym roszczeniem władzy – także wtedy, gdy owo roszczenie jest bardziej rygorystyczne niż osąd sumienia, i także wtedy, gdy jest od niego łagodniejsze. Z tym słowem „zawsze” nie da się wygrać, dopisując do niego warunki, których w Magisterium po prostu nie ma.
Nie warto też straszyć się nawzajem ignorancją pokonalną (czyli tą niezwalniającą z odpowiedzialności moralnej), jakby miała być pałką na każdego, kto dojdzie do innych wniosków niż otoczenie. Jeśli człowiek naprawdę wiele dba o poszukiwanie prawdy i dobra – a to jest coś, co w gruncie rzeczy każdy wie o sobie samym, nie ktoś z zewnątrz – to może w tej sprawie spać spokojnie. Ktoś z zewnątrz może co najwyżej powiedzieć „uważam, że się mylisz”, ale to nie jest dla takiej osoby wiążące. Akt moralny tryska z wnętrza człowieka – jeśli tak nie jest, to mamy do czynienia z przymusem, a nie aktem moralnym. Bo jeśli ktoś rzeczywiście jest w błędzie, to właśnie dlatego, że sam tego błędu nie widzi – w przeciwnym razie by w nim nie trwał. Sama czyjaś opinia z zewnątrz nie zmienia tego automatycznie, choć oczywiście warto ją wziąć pod uwagę i się nad nią zastanowić – refleksji nigdy za wiele.
Co mówi o tym Pismo Święte?
Prymat sumienia nie jest wynalazkiem współczesnej teologii – wywodzi się od świętego Tomasza z Akwinu, ale przede wszystkim ma oparcie wprost w słowach świętego Pawła. List do Rzymian, rozdział 14, mówi to czarno na białym:
> A tego, który jest słaby w wierze, przygarniajcie życzliwie, bez spierania się o poglądy. Jeden jest zdania, że można jeść wszystko, drugi, słaby, jada tylko jarzyny. Ten, kto jada wszystko, niech nie pogardza tym, który nie wszystko jada, a ten, który nie jada, niech nie potępia tego, który jada; bo Bóg go łaskawie przygarnął. Kim jesteś ty, co się odważasz sądzić cudzego sługę? To, czy on stoi, czy upada, jest rzeczą jego Pana. Ostoi się zresztą, bo jego Pan ma moc utrzymać go na nogach.
Jeden czyni różnicę między poszczególnymi dniami, drugi zaś uważa wszystkie za równe: niech się każdy trzyma swego przekonania! Kto przestrzega pewnych dni, przestrzega ich dla Pana, a kto jada wszystko – jada dla Pana. Bogu przecież składa dzięki. A kto nie jada wszystkiego – nie jada ze względu na Pana, i on również dzięki składa Bogu. Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc, i w śmierci należymy do Pana. Po to bowiem Chrystus umarł i powrócił do życia, by zapanować tak nad umarłymi, jak nad żywymi.
Dlaczego więc ty potępiasz swego brata? Albo dlaczego gardzisz swoim bratem? Wszyscy przecież staniemy przed trybunałem Boga. Napisane jest bowiem:
„Na moje życie – mówi Pan – przede Mną klęknie wszelkie kolano,
a każdy język wielbić będzie Boga”.
Tak więc każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu.
Przestańmy więc wyrokować jedni o drugich. A raczej to zawyrokujcie, by nie dawać bratu sposobności do upadku lub zgorszenia. Wiem i przekonany jestem w Panu Jezusie, że nie ma niczego, co by samo przez się było nieczyste, a jest nieczyste tylko dla tego, kto je uważa za nieczyste. Gdy więc stanowiskiem w sprawie pokarmów zasmucasz swego brata, nie postępujesz już zgodnie z miłością. Tym swoim stanowiskiem w sprawie pokarmów nie narażaj na zgubę tego, za którego umarł Chrystus.
Niech więc posiadane przez was dobro nie stanie się sposobnością do bluźnierstwa! Bo królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym. A kto w taki sposób służy Chrystusowi, ten podoba się Bogu i ma uznanie u ludzi. Starajmy się więc o to, co służy sprawie pokoju i wzajemnemu zbudowaniu. Nie burz dzieła Bożego ze względu na pokarmy! Wprawdzie każda rzecz jest czysta, stałaby się jednak zła, jeśliby człowiek, spożywając ją, dawał przez to zgorszenie. Dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa i nie pić wina, i nie czynić niczego, co twego brata razi.
A swoje własne przekonanie zachowaj dla siebie przed Bogiem. Szczęśliwy ten, kto w postanowieniach siebie samego nie potępia. Kto bowiem spożywa pokarmy, mając przy tym wątpliwości, ten potępia samego siebie, bo nie postępuje zgodnie z przekonaniem. Wszystko bowiem, co się czyni niezgodnie z przekonaniem, jest grzechem.
Chciałbym być tu bardzo precyzyjny co do jednej rzeczy: nie twierdzę, że sam fakt bycia nauką soborową czyni coś automatycznie nieomylnym w każdym calu – to byłoby zbyt daleko idące uproszczenie. Twierdzę natomiast, że prymat sumienia ma najwyższą możliwą rangę z innego powodu: wynika wprost z natchnionego tekstu Pisma Świętego, a Pismo Święte – zgodnie z dogmatem o jego nieomylności – jest wolne od błędu w sprawach wiary i moralności. Skoro św. Paweł naucza tego w Liście do Rzymian, to nie jest to opinia jednego teologa czy jednego papieża, tylko część natchnionego depozytu, do którego cała późniejsza refleksja – łącznie z Tomaszem z Akwinu, Newmanem czy Soborem Watykańskim II – jedynie się odwołuje i który rozwija.
Kto ma prawo osądzić cudze sumienie?
Jest jeszcze jeden obszar, w którym ta sama zasada bywa nagminnie pomijana, a dotyczy on czegoś bardzo konkretnego: kto właściwie ma prawo stwierdzić, że drugi człowiek znajduje się w stanie grzechu ciężkiego?
Otóż nikt poza Bogiem, tą osobą i jej sumieniem.
To sumienie danego człowieka – a nie szafarz podający Komunię albo nawet spowiednik – ocenia ostatecznie, czy w czyimś przypadku doszło do grzechu ciężkiego. Może się bowiem okazać, że mimo zaistnienia obiektywnego zła, dana osoba znajduje się w okolicznościach, które wyłączają grzech: brak pełnej świadomości zła, brak pełnej dobrowolności, o których to okolicznościach szafarz albo spowiednik po prostu nie wiedzą. Dla kogoś z zewnątrz stwierdzenie „on na pewno jest w stanie grzechu ciężkiego” jest w praktyce niemal niemożliwe – a tym bardziej, gdy nie zna się tej osoby ani pełnego kontekstu jej sytuacji. Dlatego „ratowanie” ludzi na siłę przed rzekomo świętokradzkim przyjęciem Komunii jest błędem: nigdy nie znamy naprawdę stanu cudzego sumienia.
Bo grzech ciężki to nie sam „czyn zabroniony”. To czyn popełniony w warunkach pełnej dobrowolności i pełnej świadomości zła. W ocenie moralnej drugiego człowieka bardzo łatwo o skrót myślowy: zero-jedynkowe stwierdzenie, że dane zachowanie zaistniało lub nie zaistniało, z pominięciem pozostałych elementów konstrukcyjnych grzechu. Tymczasem życie nie jest czarno-białe. Weźmy choćby zgorszenie: samo jego wystąpienie to tylko jedna z przesłanek grzechu zgorszenia. Bo nie zawsze taki czyn popełniany jest w pełni świadomie co do zła, i nie zawsze w pełni dobrowolnie – choćby wtedy, gdy np. przełożony w jakiejś strukturze wymusza określone głosowanie czy określone wypowiedzi w mediach pod groźbą usunięcia ze stanowiska i utraty środków na utrzymanie rodziny. Teoretycznie zawsze „można odejść” – w praktyce nie zawsze jest to takie proste.
A czy odmowa Komunii rzeczywiście „uświadomi” komuś grzech, jak się czasem zakłada? Nie. Uświadomi mu jedynie, że ktoś inny ocenia jego czyn jako zło. To fundamentalna różnica. Człowiek nie jest związany oceną drugiej osoby – jest związany w pierwszej kolejności osądem własnego sumienia. Jak mówi Katechizm: „sumienie jest pierwszym ze wszystkich Namiestników Chrystusa”. Rozpoznać zło ma sumienie, a to nie jest to samo, co otrzymanie zewnętrznej informacji od kogoś, kto sam przecież jest omylny i nie ma prawa stawiać się wyżej niż cudze sumienie. Akt moralny rozgrywa się we wnętrzu człowieka, a nie w momencie podporządkowania się cudzej ocenie.
Warto tu jeszcze rozdzielić dwie rzeczy, które łatwo się mylą: świadomość popełnienia czynu i świadomość zła tego czynu. W świadomości rozumianej jako obligatoryjny element konstrukcji grzechu nie chodzi tylko o to, czy ktoś był przytomny, trzeźwy i działał bez przymusu fizycznego – to dopiero warunek wstępny. Przesłanka pełnej świadomości, o której mówi katechizm, dotyczy czegoś głębszego: świadomości, że to, co się za chwilę zrobi, jest świadomym i dobrowolnym złem, które obciąży sumienie grzechem. To nie czyn zgodnie z Katechizmem ma być popełniony świadomie – to grzech musi być popełniony świadomie. KKK 1857: „Aby grzech był śmiertelny, są konieczne jednocześnie trzy warunki: "Grzechem śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą" (Jan Paweł II)”. Czyn nie równa się grzech. I dlatego to sumienie – „pierwszy ze wszystkich namiestników Chrystusa”, jak mówi katechizm – a nie szafarz Komunii, czy spowiednik, jest ostateczną instancją do tej oceny.
Nie lękajcie się
Jan Paweł II napisał w Veritatis splendor zdanie, które warto zapamiętać jako klucz do wszystkiego powyżej:
> „Kościół pragnie jedynie służyć sumieniu” (VS 64).
A Franciszek w Amoris Laetitia dodał:
> „Z trudem dajemy też miejsce dla sumienia wiernych, którzy pośród swoich ograniczeń często odpowiadają najlepiej, jak potrafią, na Ewangelię i mogą rozwijać swoje własne rozeznanie w sytuacji, gdy wszystkie systemy upadają. Jesteśmy powołani do kształtowania sumień, nie zaś domagania się, by je zastępować” (AL 37).
Nie chodzi więc o żadną wolną amerykankę, o robienie, na co się ma ochotę, ani o unieważnianie nauczania Kościoła według własnego widzimisię. Chodzi o coś znacznie poważniejszego i znacznie bardziej wymagającego: o stałe, uczciwe, pokorne formowanie sumienia w oparciu o Ewangelię, o modlitwę, o rozmowę z kierownikiem duchowym – i o odwagę, by na końcu tej drogi być posłusznym temu, co ten najtajniejszy ośrodek człowieka, w którym – jak uczy Sobór – przebywa on sam z Bogiem, naprawdę mówi.
Myślę, że zarzucanie wszystkim ludziom sumienia, że stosują wykręty, samousprawiedliwiają się albo oszukują podważa nie tyle sens prymatu sumienia, co samego fenomenu istnienia sumienia. Gdyby bowiem Kościół uznał, że człowiek z natury nie jest w stanie stanąć uczciwie w prawdzie o sobie, nie istniałyby rachunki sumienia, a spowiedź polegałaby na odpytywaniu przez spowiednika penitenta z dłuuuugiej listy możliwych do popełnienia grzechów.
Św. Kard. John Henry Newman, którego Kościół ogłosił niedawno Doktorem Kościoła – i to nie byle jakim, bo Doktorem Sumienia – napisał kiedyś zdanie, które najlepiej, jak to możliwe, podsumowuje całą sprawę:
> „Gdybym miał sprowadzić religię do toastów po obiedzie (choć z pewnością nie o to chodzi), wypiłbym rzecz jasna za Papieża, ale – jeśli można – jednak najpierw za Sumienie, a za Papieża później.”
Prośmy Boga o odwagę w głoszeniu prymatu sumienia, o odwagę w życiu zgodnie ze swoim sumieniem, a także o pokorę i łaskę rozróżniania duchów, aby zawsze mieć pewność, że przemawia do nas sam Bóg.
-
Magnolia
- Posty: 10161
- Rejestracja: 29 sty 2021, 11:31
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 3836
- Podziękowano: 4101
- Płeć:
Wyczerpujący artykuł, ale poproszę o link do artykułu i autora, wymaga tego regulamin. @Velaya
mgr teologii,
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
