Instrukcja do „żalu doskonałego”, czyli co robić, gdy nie ma dostępu do spowiednika.
https://wiez.pl/2020/03/19/instrukcja-d ... owiednika/
Jeśli potrzebujesz pomocy duchowej napisz email: pomocduchowaDM@gmail.com
Jak wzbudzić w sobie żal doskonały?
Bardzo dobrze, że ktoś o tym powiedział. Ja dowiedziałam się o żalu doskonałym, jak miałam 40 lat. To daje spokój, że można na spokojnie iść do spowiedzi jak coś nie wyjdzie, a nie że trzeba panicznie biegiem. I bardzo wzmacnia osobistą relację z Bogiem i osłabia klerykalizm.
Jest jeszcze wpis ks. profesora na stronie archidiecezji krakowskiej. Rozwiewa wiele wątpliwości
https://diecezja.pl/aktualnosci/zal-dos ... amentalna/
https://diecezja.pl/aktualnosci/zal-dos ... amentalna/
Temat blisko dotyka moich osobistych wątpliwości i problemu z wiarą. Więc od razu postanowilem bliżej się zapoznać. Otwieram , i widzę słowa, których nie umiem zrozumieć, ani tym bardziej przyjąć, bo po prostu dla mnie nie mają pokrycia w praktyce i w życiu zwyklego czlowieka.Velaya pisze: 23 lip 2026, 14:38 Bardzo dobrze, że ktoś o tym powiedział. Ja dowiedziałam się o żalu doskonałym, jak miałam 40 lat. To daje spokój, że można na spokojnie iść do spowiedzi jak coś nie wyjdzie, a nie że trzeba panicznie biegiem. I bardzo wzmacnia osobistą relację z Bogiem i osłabia klerykalizm.
Cytuję : "Wówczas należy w z b u d z i ć w sobie pragnienie przyjęcia sakramentu pokuty, zrobić rachunek sumienia i postanowić nie popełniać wykrytych grzechów w przyszłości, w z b u d z i ć w sobie żal za grzechy ze względu na miłość do Boga – tak uczciwie, jak tylko potrafimy."
Nic takiego, jak to dziś modnie mowią, w przyrodzie nie występuje. Czyli po pierwsze, nie mamy armat.
Umiem z wlasnej woli przystąpić do działania. Umiem wstrzymać się od działania. Umiem może nawet omijać pewne mysli, uciekać od złych wspomnień, choć to już tylko połowicznie. Umiem sobie wywiesić kartki, że mam odczuwać to czy tamto, a nie odczuwać jeszcze innego. Ale nigdy nie będę panem swoich NASTAWIEŃ. Czyli odczuć, przekonań, wiary, niewiary, wniosków, lubienia, nielubienia. No i rzecz jasna tego co chcę. Czego pragnę. Czego żałuję. To fikcja z punktu widzenia każdego prawie człowieka. Tak mamy, co by ktoś nie wymyślil i nie napisał. Jasne, jak dobrze by było, móc na zawolanie uwierzyć, odkochać się, wyciszyć stres, wyłączyć gniew.
"Wzbudzić" w sobie skutecznie dowolne pragnienie albo żal można co najwyżej p r ó b o w a ć , na efekt nie mając prawie żadnego wpływu. Więc czy w porządku jest kogoś za niespełnienie nierealnych fizycznie nakazów oceniać? Nagradzać i karać?
Multum takich niemożliwych, choć szczytnych postulatów na kazdym kroku , jak choćby wyliczonych w wątku rachunek sumienia dla dorosłych, już od małego odpycha mnie od Nauk KRK.
Gdy w kinie widzę w niekiepskim początkowo i wysoko ocenionym filmie jedną tylko nierealną, nie z tej ziemi scenę, natychmiast coś nie pozwala mi brać serio całości, choćby nie wiem czyjego autorstwa.
Jak sobie z czymś takim radzicie ? Bo w moim otoczeniu wszyscy mają tak samo.
Dodano po 10 minutach 26 sekundach:
PS A jeśli w tych zaleceniach i rachunkach sumienia właśnie TYLKO o te próby samodoskonalenia się chodzi, dlaczego w p r o s t tego wreszcie nie napisać. Żeby wreszcie było do przyjęcia dla wszystkich, których zastanawia to , co czytają i co może być dla nich ważne.
Bo jak na samym początku widzą nierealne miraże, zostawiają całą resztę jako coś niepoważnego i odchodzą. Daleko i bezpowrotnie.
Że akurat ja osobiście staram się wrócić, albo za daleko się nie oddalić, to dzisiaj bardziej wyjątek.
Ostatnio zmieniony 24 lip 2026, 15:07 przez Nowy, łącznie zmieniany 2 razy.
-
Magnolia
- Posty: 10161
- Rejestracja: 29 sty 2021, 11:31
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 3836
- Podziękowano: 4101
- Płeć:
Rozumiem że na ten moment wydaje ci się to niemożliwe do osiągnięcia. Ale ja ze swojego doświadczenia ci powiem że jest to jak najbardziej możliwe. Pragnąć i żałować że względu na miłość do Boga.
Jesteśmy cały czas w drodze rozwoju duchowego. Jesteśmy na różnych etapach. Ale to co dla ciebie jest niemożliwe czy niewyobrażalne dla innych jest osiągalne i możliwe. Przede wszystkim dzięki łasce. Ale także pamiętaj że ta laska buduje na naturze ludzkiej.
Jesteśmy cały czas w drodze rozwoju duchowego. Jesteśmy na różnych etapach. Ale to co dla ciebie jest niemożliwe czy niewyobrażalne dla innych jest osiągalne i możliwe. Przede wszystkim dzięki łasce. Ale także pamiętaj że ta laska buduje na naturze ludzkiej.
mgr teologii,
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
Rzeczywiście, ta nowomowa religijna używająca języka uczuć jest myląca.Nowy pisze: 24 lip 2026, 15:04 Cytuję : "Wówczas należy w z b u d z i ć w sobie pragnienie przyjęcia sakramentu pokuty, zrobić rachunek sumienia i postanowić nie popełniać wykrytych grzechów w przyszłości, w z b u d z i ć w sobie żal za grzechy ze względu na miłość do Boga – tak uczciwie, jak tylko potrafimy."
Nic takiego, jak to dziś modnie mowią, w przyrodzie nie występuje.
Chodzi przecież o intelektualną i wolicjonalną korektę kursu – zmianę sposobu oceniania rzeczywistości.
A nie o praktykowanie teatru uczuć.
Ostatnio zmieniony 24 lip 2026, 23:17 przez SuawoMir, łącznie zmieniany 1 raz.
Pełna zgoda. Znaczy , prawie pełna. Bo na nasz sposób oceny rzeczywistości też poza szukaniem danych i poszerzaniem wiedzy nasz wplyw jest znikomy. Więc nie zaraz "zmianę" a wyłącznie próbę, czy postanowienie zmiany można racjonalnie postulować i rozliczać.SuawoMir pisze: 24 lip 2026, 23:15Rzeczywiście, ta nowomowa religijna używająca języka uczuć jest myląca.Nowy pisze: 24 lip 2026, 15:04 Cytuję : "Wówczas należy w z b u d z i ć w sobie pragnienie przyjęcia sakramentu pokuty, zrobić rachunek sumienia i postanowić nie popełniać wykrytych grzechów w przyszłości, w z b u d z i ć w sobie żal za grzechy ze względu na miłość do Boga – tak uczciwie, jak tylko potrafimy."
Nic takiego, jak to dziś modnie mowią, w przyrodzie nie występuje.
Chodzi przecież o intelektualną i wolicjonalną korektę kursu – zmianę sposobu oceniania rzeczywistości.
A nie o praktykowanie teatru uczuć.
Ta rozbieżność między dyrektywami a rzeczywistością natury człowieka niestety nie dotyczy jedynie "nowomowy". "Będziesz kochał " to nie nowomowa.
Dodano po 12 minutach 48 sekundach:
Gdyby to było takie proste. Ależ oczywiście , gdy kogoś albo coś już miłujemy, bez żadnego wzbudzania z definicji chcemy czynić tak , jak ten ktoś by chciał. Podobnie , jak gdy kogoś lubimy, albo mamy do niego jak to mowią slabość.Magnolia pisze: 24 lip 2026, 15:12 Rozumiem że na ten moment wydaje ci się to niemożliwe do osiągnięcia. Ale ja ze swojego doświadczenia ci powiem że jest to jak najbardziej możliwe. Pragnąć i żałować że względu na miłość do Boga.
Jesteśmy cały czas w drodze rozwoju duchowego. Jesteśmy na różnych etapach. Ale to co dla ciebie jest niemożliwe czy niewyobrażalne dla innych jest osiągalne i możliwe. Przede wszystkim dzięki łasce. Ale także pamiętaj że ta laska buduje na naturze ludzkiej.
Ale z kolei znów żadne wzbudzanie w sobie tego miłowania, tego lubienia i tej słabości na zawołanie, nakazem woli nie leży w ludzkiej mocy. Więc tu kółko się zamyka. Można co najwyżej wymagać od człowieka podejmowania starań i w y ł ą c z n i e za to go oceniać, nagradzać i karać.
Także ewentualne pozytywne przemiany wynikające z łaski Bożej niczego w temacie nie zmieniają, bo udzielona łaska to wola Boża , a nie ludzka. To jedyne podejście racjonalne. Więc ponawiam pytanie, czemu nie następuje korekta kursu.
Ostatnio zmieniony 25 lip 2026, 7:52 przez Nowy, łącznie zmieniany 2 razy.
-
Magnolia
- Posty: 10161
- Rejestracja: 29 sty 2021, 11:31
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 3836
- Podziękowano: 4101
- Płeć:
Myślę, że dotykasz tutaj rzeczywiście ważnego problemu, ale wydaje mi się, że zakładasz coś, czego Kościół wcale nie naucza. Nikt nie twierdzi, że człowiek może na rozkaz wzbudzić w sobie miłość do Boga, tak jak przełącza się światło. Miłość nie jest emocją podlegającą bezpośrednio naszej woli.
Jednocześnie w tradycji katolickiej miłość nie jest rozumiana wyłącznie jako spontaniczne uczucie. Jest także aktem woli, która odpowiada na dobro poznane przez rozum. Dlatego Jezus mówi nie tylko: „Będziesz miłował Pana Boga swego”, ale również: „Jeśli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania”. Widać tu pewną dynamikę: posłuszeństwo rodzi się z miłości, ale jednocześnie wierne trwanie przy Bogu tę miłość pogłębia.
Masz rację, że łaska jest darem Boga i nie możemy jej sobie wyprodukować. Ale z tego nie wynika, że człowiek jest całkowicie bierny. Kościół odrzucił zarówno pelagianizm, który przeceniał ludzkie możliwości, jak i pogląd, że człowiek jest jedynie marionetką łaski. Łaska nie znosi wolności, lecz ją uzdalnia. Św. Augustyn ujął to pięknie: „Ten, który stworzył cię bez ciebie, nie zbawi cię bez ciebie”.
Dlatego Bóg nie oczekuje od człowieka rzeczy niemożliwych. Oczekuje natomiast otwarcia się na Jego działanie. To otwarcie wyraża się właśnie w modlitwie, sakramentach, podejmowaniu dobra, walce z grzechem, nawet wtedy, gdy serce jeszcze nie odczuwa pełni miłości. W życiu duchowym często najpierw jest wierne trwanie, a dopiero z czasem dojrzewa głębsza miłość. Podobnie dzieje się również w relacjach międzyludzkich – nie każda głęboka więź rodzi się spontanicznie i od razu.
Pytasz, dlaczego nie następuje „korekta kursu”. Być może dlatego, że chrześcijaństwo nie uważa człowieka za istotę całkowicie zdeterminowaną ani przez własną wolę, ani przez samą łaskę. Widzi go jako osobę zaproszoną do współpracy z Bogiem. To napięcie między Bożym darem a ludzką odpowiedzią nie jest błędem systemu, lecz jednym z fundamentów katolickiej antropologii. Gdyby zbawienie zależało wyłącznie od człowieka, nie byłoby łaską. Gdyby zależało wyłącznie od Boga, bez realnej odpowiedzi człowieka, trudno byłoby mówić o miłości, bo miłość z natury zakłada wolność.
Jednocześnie w tradycji katolickiej miłość nie jest rozumiana wyłącznie jako spontaniczne uczucie. Jest także aktem woli, która odpowiada na dobro poznane przez rozum. Dlatego Jezus mówi nie tylko: „Będziesz miłował Pana Boga swego”, ale również: „Jeśli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania”. Widać tu pewną dynamikę: posłuszeństwo rodzi się z miłości, ale jednocześnie wierne trwanie przy Bogu tę miłość pogłębia.
Masz rację, że łaska jest darem Boga i nie możemy jej sobie wyprodukować. Ale z tego nie wynika, że człowiek jest całkowicie bierny. Kościół odrzucił zarówno pelagianizm, który przeceniał ludzkie możliwości, jak i pogląd, że człowiek jest jedynie marionetką łaski. Łaska nie znosi wolności, lecz ją uzdalnia. Św. Augustyn ujął to pięknie: „Ten, który stworzył cię bez ciebie, nie zbawi cię bez ciebie”.
Dlatego Bóg nie oczekuje od człowieka rzeczy niemożliwych. Oczekuje natomiast otwarcia się na Jego działanie. To otwarcie wyraża się właśnie w modlitwie, sakramentach, podejmowaniu dobra, walce z grzechem, nawet wtedy, gdy serce jeszcze nie odczuwa pełni miłości. W życiu duchowym często najpierw jest wierne trwanie, a dopiero z czasem dojrzewa głębsza miłość. Podobnie dzieje się również w relacjach międzyludzkich – nie każda głęboka więź rodzi się spontanicznie i od razu.
Pytasz, dlaczego nie następuje „korekta kursu”. Być może dlatego, że chrześcijaństwo nie uważa człowieka za istotę całkowicie zdeterminowaną ani przez własną wolę, ani przez samą łaskę. Widzi go jako osobę zaproszoną do współpracy z Bogiem. To napięcie między Bożym darem a ludzką odpowiedzią nie jest błędem systemu, lecz jednym z fundamentów katolickiej antropologii. Gdyby zbawienie zależało wyłącznie od człowieka, nie byłoby łaską. Gdyby zależało wyłącznie od Boga, bez realnej odpowiedzi człowieka, trudno byłoby mówić o miłości, bo miłość z natury zakłada wolność.
mgr teologii,
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
Ale nieprecyzyjność przekazu, a zwlaszcza, powiedzmy delikatnie - niepełne uwzględnianie natury czlowieka - bardzo utrudnia wielu osobom pełne przyjęcie postulatów do wierzenia.
" „Jeśli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania”. To psychologiczna prawda. Lub inaczej - miłując mnie , będzie wam łatwiej zachowywać przykazania. Chociaż wydaje mi się , że zachowywać przykazania bez ułatwienia przez miłowanie jest większą zasługą. Bo trudniej.
Ale chociaż to prawda, że miłowanie jest wskazane, nadal nie powinno być czymś podlegającym ocenie, bo nie od naszej woli ono zależy, a od szeregu zbiegów okoliczności .
Na tej zasadzie działają psychologiczne obrazkowe testy skojarzeniowe, wykrywacze kłamstw, a nawet proste techniki marketingowe.
Nawet specjalne szkolenie nigdy nie zapewni poza drobną cząstką autokontroli funkcji poznawczych mózgu , a tym bardziej gospodarowania, zarządzania tym co czujemy, w co wierzymy, czego chcemy i co akceptujemy. Na całe szczęście. To prawdziwy Dar.
" „Jeśli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania”. To psychologiczna prawda. Lub inaczej - miłując mnie , będzie wam łatwiej zachowywać przykazania. Chociaż wydaje mi się , że zachowywać przykazania bez ułatwienia przez miłowanie jest większą zasługą. Bo trudniej.
Ale chociaż to prawda, że miłowanie jest wskazane, nadal nie powinno być czymś podlegającym ocenie, bo nie od naszej woli ono zależy, a od szeregu zbiegów okoliczności .
Na tej zasadzie działają psychologiczne obrazkowe testy skojarzeniowe, wykrywacze kłamstw, a nawet proste techniki marketingowe.
Nawet specjalne szkolenie nigdy nie zapewni poza drobną cząstką autokontroli funkcji poznawczych mózgu , a tym bardziej gospodarowania, zarządzania tym co czujemy, w co wierzymy, czego chcemy i co akceptujemy. Na całe szczęście. To prawdziwy Dar.
Ostatnio zmieniony 25 lip 2026, 9:02 przez Nowy, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Magnolia
- Posty: 10161
- Rejestracja: 29 sty 2021, 11:31
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 3836
- Podziękowano: 4101
- Płeć:
Myślę, że w Twoim rozumowaniu pojawia się jedno założenie, które warto doprecyzować. Wydaje mi się, że utożsamiasz miłość, o której mówi Ewangelia, z uczuciem. A to nie jest sposób, w jaki rozumie ją teologia katolicka.
Jeżeli przez miłość rozumiemy spontaniczne emocje, sympatię, zachwyt czy przywiązanie, to oczywiście masz rację – nie można ich sobie nakazać. Nikt nie jest w stanie postanowić: „od jutra będę kogoś lubił” albo „od dziś będę odczuwał głęboką miłość”. Uczucia rodzą się w nas w dużej mierze niezależnie od naszej woli.
Chrześcijaństwo odróżnia jednak uczucia od cnoty miłości (*caritas*). Gdy Jezus mówi: „Jeśli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania”, nie opisuje jedynie stanu emocjonalnego. Mówi o postawie całej osoby: rozumu, woli i serca. Miłość w sensie ewangelicznym oznacza przylgnięcie do Boga, wybór Boga i gotowość pełnienia Jego woli, nawet wtedy, gdy emocje nie ułatwiają tego wyboru.
Najlepszym przykładem jest sam Chrystus w Ogrójcu. Nie przeżywał emocjonalnej łatwości ani poczucia komfortu. Przeciwnie – mówi: „Smutna jest moja dusza aż do śmierci”. A jednak dodaje: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. To jest akt miłości, choć nie wynika z przyjemnego uczucia.
Piszesz również, że zachowywanie przykazań bez miłości miałoby większą wartość, bo jest trudniejsze. W pewnym sensie jest w tym ziarno prawdy – wysiłek ma znaczenie moralne. Ale celem chrześcijaństwa nie jest, aby człowiek przez całe życie heroicznie zmuszał się do dobra. Celem jest przemiana serca. Święci nie modlili się o to, by dobro przychodziło im coraz trudniej, lecz o to, by coraz bardziej kochać Boga. Dojrzałość polega właśnie na tym, że dobro stopniowo staje się wewnętrznym pragnieniem, a nie tylko zewnętrznym obowiązkiem.
Napisałeś też, że nie zarządzamy tym, co czujemy, w co wierzymy i czego chcemy. Tu również zgodziłabym się tylko częściowo. Rzeczywiście, nie odpowiadamy za pierwsze odruchy, emocje czy pokusy. Kościół nigdy tego nie nauczał. Odpowiadamy natomiast za to, co z nimi robimy. Wolność człowieka nie polega na panowaniu nad każdym pojawiającym się uczuciem, ale na zdolności udzielenia na nie odpowiedzi. Dlatego teologia odróżnia pokusę od grzechu i spontaniczne odczucie od świadomej decyzji.
Mam też wrażenie, że zarzut, iż chrześcijaństwo „nie uwzględnia natury człowieka”, jest odwrotny do tego, co faktycznie głosi Kościół. Przecież cała nauka o grzechu pierworodnym, o osłabionej woli, o wewnętrznym rozdarciu człowieka („nie czynię dobra, którego chcę” – pisze św. Paweł) pokazuje, że Kościół bardzo realistycznie patrzy na ludzką naturę. Właśnie dlatego mówi o potrzebie łaski. Gdyby człowiek mógł własnymi siłami wzbudzić doskonałą miłość i zawsze wybierać dobro, łaska byłaby zbędna.
Dlatego nie widzę tu potrzeby „korekty kursu”. Mam raczej wrażenie, że problem wynika z odczytywania słowa „miłość” wyłącznie w znaczeniu psychologicznym. Tymczasem w języku Ewangelii jest ono znacznie głębsze. Obejmuje uczucia, ale ich nie wyczerpuje. Jest cnotą, relacją i odpowiedzią osoby na Boga. Dzięki temu można kochać również wtedy, gdy emocje milczą, a właśnie taka miłość – wierna mimo trudności – wydaje się najbliższa temu, o czym mówi Chrystus.
Jeżeli przez miłość rozumiemy spontaniczne emocje, sympatię, zachwyt czy przywiązanie, to oczywiście masz rację – nie można ich sobie nakazać. Nikt nie jest w stanie postanowić: „od jutra będę kogoś lubił” albo „od dziś będę odczuwał głęboką miłość”. Uczucia rodzą się w nas w dużej mierze niezależnie od naszej woli.
Chrześcijaństwo odróżnia jednak uczucia od cnoty miłości (*caritas*). Gdy Jezus mówi: „Jeśli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania”, nie opisuje jedynie stanu emocjonalnego. Mówi o postawie całej osoby: rozumu, woli i serca. Miłość w sensie ewangelicznym oznacza przylgnięcie do Boga, wybór Boga i gotowość pełnienia Jego woli, nawet wtedy, gdy emocje nie ułatwiają tego wyboru.
Najlepszym przykładem jest sam Chrystus w Ogrójcu. Nie przeżywał emocjonalnej łatwości ani poczucia komfortu. Przeciwnie – mówi: „Smutna jest moja dusza aż do śmierci”. A jednak dodaje: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. To jest akt miłości, choć nie wynika z przyjemnego uczucia.
Piszesz również, że zachowywanie przykazań bez miłości miałoby większą wartość, bo jest trudniejsze. W pewnym sensie jest w tym ziarno prawdy – wysiłek ma znaczenie moralne. Ale celem chrześcijaństwa nie jest, aby człowiek przez całe życie heroicznie zmuszał się do dobra. Celem jest przemiana serca. Święci nie modlili się o to, by dobro przychodziło im coraz trudniej, lecz o to, by coraz bardziej kochać Boga. Dojrzałość polega właśnie na tym, że dobro stopniowo staje się wewnętrznym pragnieniem, a nie tylko zewnętrznym obowiązkiem.
Napisałeś też, że nie zarządzamy tym, co czujemy, w co wierzymy i czego chcemy. Tu również zgodziłabym się tylko częściowo. Rzeczywiście, nie odpowiadamy za pierwsze odruchy, emocje czy pokusy. Kościół nigdy tego nie nauczał. Odpowiadamy natomiast za to, co z nimi robimy. Wolność człowieka nie polega na panowaniu nad każdym pojawiającym się uczuciem, ale na zdolności udzielenia na nie odpowiedzi. Dlatego teologia odróżnia pokusę od grzechu i spontaniczne odczucie od świadomej decyzji.
Mam też wrażenie, że zarzut, iż chrześcijaństwo „nie uwzględnia natury człowieka”, jest odwrotny do tego, co faktycznie głosi Kościół. Przecież cała nauka o grzechu pierworodnym, o osłabionej woli, o wewnętrznym rozdarciu człowieka („nie czynię dobra, którego chcę” – pisze św. Paweł) pokazuje, że Kościół bardzo realistycznie patrzy na ludzką naturę. Właśnie dlatego mówi o potrzebie łaski. Gdyby człowiek mógł własnymi siłami wzbudzić doskonałą miłość i zawsze wybierać dobro, łaska byłaby zbędna.
Dlatego nie widzę tu potrzeby „korekty kursu”. Mam raczej wrażenie, że problem wynika z odczytywania słowa „miłość” wyłącznie w znaczeniu psychologicznym. Tymczasem w języku Ewangelii jest ono znacznie głębsze. Obejmuje uczucia, ale ich nie wyczerpuje. Jest cnotą, relacją i odpowiedzią osoby na Boga. Dzięki temu można kochać również wtedy, gdy emocje milczą, a właśnie taka miłość – wierna mimo trudności – wydaje się najbliższa temu, o czym mówi Chrystus.
mgr teologii,
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
Ze wszystkim zgoda, dla mnie jest pocieszające, jak to tłumaczysz. Czułbym się jednak mniej niepewnie, gdyby było napisane - postępuj jak gdybyś miłował/żałował/wybaczył zamiast - miej/ nie miej takie a nie inne odczucia, uczucia i stany.
-
Magnolia
- Posty: 10161
- Rejestracja: 29 sty 2021, 11:31
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 3836
- Podziękowano: 4101
- Płeć:
Ale Bogu zależy na szczerości. Także szczerości naszego serca. Ja pragnę zawsze wybierać dobro, choć wiem (i On i ja) że nie zawsze mi się to udaje. Pragnę zawsze kierować się miłością, ale wiem że nie zawsze to robię.
Moje "pragnę" to moja decyzja woli - chcę. Moja postawa w sercu. Nie zawsze jest to zgodne z emocjami, które są zmienne, ulotne i tymczasowe. Podstawą do takiego decydowania jest wolność.
I nie zawsze czułam się wolna, więc nie zawsze było to możliwe. Ale jest teraz możliwe.
Staram się zawsze kierować czyimś dobrem, tym tu i teraz ale też tym największym czyli zbawieniem.
A to często oznacza wiele rozważań i dylematów.
Moje "pragnę" to moja decyzja woli - chcę. Moja postawa w sercu. Nie zawsze jest to zgodne z emocjami, które są zmienne, ulotne i tymczasowe. Podstawą do takiego decydowania jest wolność.
I nie zawsze czułam się wolna, więc nie zawsze było to możliwe. Ale jest teraz możliwe.
Staram się zawsze kierować czyimś dobrem, tym tu i teraz ale też tym największym czyli zbawieniem.
A to często oznacza wiele rozważań i dylematów.
mgr teologii,
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
Myślę, że i ja tak chcę postępować. Ogólnie nawet mi się udaje, oczywiście prywatnie. Bo nie całkiem w pracy, pewnie kiedyś opowiem.
I łatwiej mi się dobrem kierować, gdy kogoś kocham, albo tylko lubię. Wiem, że dobre nastawienie do kogoś ułatwia mi sytuację, jest mi zwyczajnie wygodniej być "w porzo" . A bycie obiektywnym jest dla mnie ważne.
Ale przecież cała rzecz w tym, nasz tutaj temat nie dotyczy postępowania, czy postanowienia, tylko tzw stanu ducha. A ten, choć wygodny i pożądany, nie powstaje w nas silą woli. To wolna wola naszego umysłu, bez świadomego wpływu.
Nie wiem, czy aby nie traktujesz słowa "pragnę " jako synonimu " postanawiam/decyduję". I dlatego się tutaj nie zgadzamy,
Oczywiście od początku dorosłości ani chwili nie myślę, żeby Bóg stawiał nam nieosiągalne wymagania.
Stawiać takich Bóg po prostu nie może, więc jedyny wniosek - stawia je omylny człowiek.
I łatwiej mi się dobrem kierować, gdy kogoś kocham, albo tylko lubię. Wiem, że dobre nastawienie do kogoś ułatwia mi sytuację, jest mi zwyczajnie wygodniej być "w porzo" . A bycie obiektywnym jest dla mnie ważne.
Ale przecież cała rzecz w tym, nasz tutaj temat nie dotyczy postępowania, czy postanowienia, tylko tzw stanu ducha. A ten, choć wygodny i pożądany, nie powstaje w nas silą woli. To wolna wola naszego umysłu, bez świadomego wpływu.
Nie wiem, czy aby nie traktujesz słowa "pragnę " jako synonimu " postanawiam/decyduję". I dlatego się tutaj nie zgadzamy,
Oczywiście od początku dorosłości ani chwili nie myślę, żeby Bóg stawiał nam nieosiągalne wymagania.
Stawiać takich Bóg po prostu nie może, więc jedyny wniosek - stawia je omylny człowiek.
-
Magnolia
- Posty: 10161
- Rejestracja: 29 sty 2021, 11:31
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 3836
- Podziękowano: 4101
- Płeć:
Myślę, że właśnie tu się różnimy w rozumieniu słowa "pragnę". Nie używam go jako opisu chwilowego uczucia czy emocji, ale jako aktu woli.
W antropologii chrześcijańskiej człowiek nie jest wyłącznie sumą swoich emocji. Ma rozum i wolę, które pozwalają mu wybierać dobro nawet wtedy, gdy uczucia idą w przeciwnym kierunku.
Dlatego mogę powiedzieć: "pragnę dobra", nawet jeśli w danym momencie nie odczuwam do kogoś sympatii, a nawet przeżywam zranienie czy złość. To nie jest nieszczerość. Wręcz przeciwnie – jest to szczerość wobec tego, co uznaję za prawdziwe dobro.
Miłość chrześcijańska nie jest przede wszystkim emocją. Gdyby była tylko uczuciem, Jezus nie mógłby powiedzieć: "Miłujcie waszych nieprzyjaciół" (Mt 5,44). Nie mamy przecież możliwości nakazać sobie uczuć. Możemy natomiast podjąć decyzję, że nie będziemy odpowiadać złem na zło, że będziemy szukać dobra drugiego człowieka i modlić się za niego. To właśnie jest akt woli.
Oczywiście uczucia mają znaczenie i często pomagają lub utrudniają czynienie dobra. Jednak nie one decydują o moralnej wartości naszego wyboru. Gdyby decydowały, człowiek byłby zakładnikiem swoich emocji i trudno byłoby mówić o odpowiedzialności moralnej.
Dlatego Kościół od wieków rozróżnia uczucia (passiones), które pojawiają się spontanicznie, od aktów woli, za które człowiek rzeczywiście odpowiada. To właśnie wola jest miejscem, w którym dokonuje się wybór dobra lub zła.
Z tym natomiast się zgadzam: Bóg nie stawia człowiekowi wymagań niemożliwych do spełnienia. Kościół również tego naucza. Można z pewnością powiedzieć, że Bóg nie wymaga od nas panowania nad pojawianiem się emocji. Wymaga natomiast tego, abyśmy – z pomocą Jego łaski – kierowali swoją wolą ku dobru. To zasadnicza różnica. Nie odpowiadamy za to, co spontanicznie odczuwamy, lecz za to, co z tym zrobimy.
W antropologii chrześcijańskiej człowiek nie jest wyłącznie sumą swoich emocji. Ma rozum i wolę, które pozwalają mu wybierać dobro nawet wtedy, gdy uczucia idą w przeciwnym kierunku.
Dlatego mogę powiedzieć: "pragnę dobra", nawet jeśli w danym momencie nie odczuwam do kogoś sympatii, a nawet przeżywam zranienie czy złość. To nie jest nieszczerość. Wręcz przeciwnie – jest to szczerość wobec tego, co uznaję za prawdziwe dobro.
Miłość chrześcijańska nie jest przede wszystkim emocją. Gdyby była tylko uczuciem, Jezus nie mógłby powiedzieć: "Miłujcie waszych nieprzyjaciół" (Mt 5,44). Nie mamy przecież możliwości nakazać sobie uczuć. Możemy natomiast podjąć decyzję, że nie będziemy odpowiadać złem na zło, że będziemy szukać dobra drugiego człowieka i modlić się za niego. To właśnie jest akt woli.
Oczywiście uczucia mają znaczenie i często pomagają lub utrudniają czynienie dobra. Jednak nie one decydują o moralnej wartości naszego wyboru. Gdyby decydowały, człowiek byłby zakładnikiem swoich emocji i trudno byłoby mówić o odpowiedzialności moralnej.
Dlatego Kościół od wieków rozróżnia uczucia (passiones), które pojawiają się spontanicznie, od aktów woli, za które człowiek rzeczywiście odpowiada. To właśnie wola jest miejscem, w którym dokonuje się wybór dobra lub zła.
Z tym natomiast się zgadzam: Bóg nie stawia człowiekowi wymagań niemożliwych do spełnienia. Kościół również tego naucza. Można z pewnością powiedzieć, że Bóg nie wymaga od nas panowania nad pojawianiem się emocji. Wymaga natomiast tego, abyśmy – z pomocą Jego łaski – kierowali swoją wolą ku dobru. To zasadnicza różnica. Nie odpowiadamy za to, co spontanicznie odczuwamy, lecz za to, co z tym zrobimy.
mgr teologii,
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
Dziękuję @Magnolia , chyba jesteśmy w domu. Wreszcie ktoś w tym temacie nie próbuje mataczyć i wmawiać mi na gimnazjalnym poziomie, że człowiek nie jest taki, jaki jest. Że uczucia , poglądy, przekonania i nastawienia są dowolnie regulowane siłą woli.
Spotykałem się z mniej i bardziej inteligentnym usiłowaniem przekonanie mnie, że jestem wielbłąd.
Oczywiście nie mógł Jezus Chrystus powiedzieć niczego odklejonego od realności i budowy człowieka. Jest przecież Osobą Bożą .Wie o nas to samo co Bóg, to znaczy wszystko.
Oczywiście, trzeba wymagać od homo sapiens, żeby starał się dla dobra gatunku dostosować swoją otrzymaną ewolucyjnie naturę na trudne czasy do obecnych warunków życia. Nie można tego uzyskać drogą interwencji genetycznej, bo to przeczy zasadzie wolnej woli , więc jedyną drogą perswazja poprzez Naukę. Ale chyba w dobrym, słusznym celu skuteczność ma duże znaczenie.
I dlatego właśnie forma tego przekazu, jego zgodność z realnym światem jest tak ważna i decydująca. A o tej formie nie decydują Osoby Boskie, tylko ludzie, którzy są niedoskonali i omylni. Więc podtrzymuję pytanie - kiedy ktoś pochyli się nad formą i dlaczego tak późno.
Spotykałem się z mniej i bardziej inteligentnym usiłowaniem przekonanie mnie, że jestem wielbłąd.
Oczywiście nie mógł Jezus Chrystus powiedzieć niczego odklejonego od realności i budowy człowieka. Jest przecież Osobą Bożą .Wie o nas to samo co Bóg, to znaczy wszystko.
Oczywiście, trzeba wymagać od homo sapiens, żeby starał się dla dobra gatunku dostosować swoją otrzymaną ewolucyjnie naturę na trudne czasy do obecnych warunków życia. Nie można tego uzyskać drogą interwencji genetycznej, bo to przeczy zasadzie wolnej woli , więc jedyną drogą perswazja poprzez Naukę. Ale chyba w dobrym, słusznym celu skuteczność ma duże znaczenie.
I dlatego właśnie forma tego przekazu, jego zgodność z realnym światem jest tak ważna i decydująca. A o tej formie nie decydują Osoby Boskie, tylko ludzie, którzy są niedoskonali i omylni. Więc podtrzymuję pytanie - kiedy ktoś pochyli się nad formą i dlaczego tak późno.
-
Magnolia
- Posty: 10161
- Rejestracja: 29 sty 2021, 11:31
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 3836
- Podziękowano: 4101
- Płeć:
Cieszę się, że znaleźliśmy wspólny punkt. Rzeczywiście Kościół nigdy nie nauczał, że człowiek może siłą woli dowolnie wywoływać lub usuwać uczucia. To byłby psychologiczny absurd. Św. Tomasz z Akwinu już w XIII wieku rozróżniał poruszenia uczuć od aktu woli, a współczesna psychologia jedynie to potwierdza.
Mam jednak wrażenie, że w dalszej części Twojej wypowiedzi następuje pewne utożsamienie dwóch różnych rzeczy: Objawienia i jego ludzkiego przekazu. Podobnie zrobiłeś w innym wątku.
Jeżeli mówimy o Ewangelii, to chrześcijanin wierzy, że jej forma nie jest przypadkowa. Jezus nie tylko przekazał treść, ale bardzo świadomie wybrał sposób jej przekazywania: przypowieści, obrazy, pytania, paradoksy, rozmowy z konkretnymi ludźmi. To również należy do Objawienia. Nie jest tak, że Bóg dał jedynie "ideę", a całą formę wymyślili później ludzie.
Natomiast jeśli masz na myśli kazania, podręczniki, rachunki sumienia czy niektóre sposoby katechizacji – tutaj w dużej mierze się zgodzę. Są one dziełem ludzi i dlatego mogą być mniej lub bardziej trafne. Kościół zresztą od wieków nad nimi pracuje. Wystarczy porównać katechizmy, dokumenty czy język duszpasterstwa sprzed stu lat i dziś, aby zobaczyć, że forma przekazu rzeczywiście się rozwija.
Dodałabym jednak jeszcze jedną rzecz. Skuteczność Ewangelii nie zależy wyłącznie od jakości komunikacji. Gdyby tak było, należałoby uznać, że Jezus był nieskutecznym nauczycielem, bo wielu Go odrzuciło. Tymczasem Ewangelie pokazują coś innego: nawet doskonały sposób przekazu nie znosi ludzkiej wolności. Człowiek może przyjąć prawdę albo ją odrzucić.
Dlatego z perspektywy katolickiej problem nie sprowadza się wyłącznie do formy. Znaczenie ma zarówno sposób głoszenia, jak i dyspozycja serca słuchającego.
Mam jednak wrażenie, że w dalszej części Twojej wypowiedzi następuje pewne utożsamienie dwóch różnych rzeczy: Objawienia i jego ludzkiego przekazu. Podobnie zrobiłeś w innym wątku.
Jeżeli mówimy o Ewangelii, to chrześcijanin wierzy, że jej forma nie jest przypadkowa. Jezus nie tylko przekazał treść, ale bardzo świadomie wybrał sposób jej przekazywania: przypowieści, obrazy, pytania, paradoksy, rozmowy z konkretnymi ludźmi. To również należy do Objawienia. Nie jest tak, że Bóg dał jedynie "ideę", a całą formę wymyślili później ludzie.
Natomiast jeśli masz na myśli kazania, podręczniki, rachunki sumienia czy niektóre sposoby katechizacji – tutaj w dużej mierze się zgodzę. Są one dziełem ludzi i dlatego mogą być mniej lub bardziej trafne. Kościół zresztą od wieków nad nimi pracuje. Wystarczy porównać katechizmy, dokumenty czy język duszpasterstwa sprzed stu lat i dziś, aby zobaczyć, że forma przekazu rzeczywiście się rozwija.
Dodałabym jednak jeszcze jedną rzecz. Skuteczność Ewangelii nie zależy wyłącznie od jakości komunikacji. Gdyby tak było, należałoby uznać, że Jezus był nieskutecznym nauczycielem, bo wielu Go odrzuciło. Tymczasem Ewangelie pokazują coś innego: nawet doskonały sposób przekazu nie znosi ludzkiej wolności. Człowiek może przyjąć prawdę albo ją odrzucić.
Dlatego z perspektywy katolickiej problem nie sprowadza się wyłącznie do formy. Znaczenie ma zarówno sposób głoszenia, jak i dyspozycja serca słuchającego.
mgr teologii,
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
Pewnie, że nie tylko do formy. Ale t a k ż e do formy.
Dla mnie czymś oczywistym jest niepełna zgodność ludzkiego przekazu , powstałego przed wiekami w innym świecie , z Objawieniem, które nie może być inne, niż uniwersalne. Dlatego moje pytanie sprowadza się nie do tego, czy jest pełna zgodność, tylko dlaczego jej brak nie został dotychczas skorygowany.
Dla mnie czymś oczywistym jest niepełna zgodność ludzkiego przekazu , powstałego przed wiekami w innym świecie , z Objawieniem, które nie może być inne, niż uniwersalne. Dlatego moje pytanie sprowadza się nie do tego, czy jest pełna zgodność, tylko dlaczego jej brak nie został dotychczas skorygowany.
No wlasnie stylistykę typu " bedziesz milował" zamiast "postępuj tak, jak byś milował. Nie "wybaczaj" ale "powstrzymaj się od pomsty". Itd , itp. - niezliczone przykłady, które wypunktowałem np. w wątku rachunków sumienia.
-
Magnolia
- Posty: 10161
- Rejestracja: 29 sty 2021, 11:31
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 3836
- Podziękowano: 4101
- Płeć:
Proponujesz zastąpić język cnót i przemiany serca językiem samej kontroli zachowań. To jednak nie jest tylko zmiana stylistyki – to zmiana rozumienia chrześcijaństwa.... chyba o krok za dużo się posuwasz... To jednak ludzie mają słuchać Kościoła, a nie mówić Kościołowi w jakim kierunku ma iść. Bo Jezus obiecał, ze jest Głową Kościoła i go prowadzi, że "bramy piekielne go nie przemogą". Więc ufając Kościołowi, ufamy samemu Jezusowi.
Ale odpowiem na twoje szalone pomysły zmian.
Myślę, że to nie jest jedynie kwestia stylistyki. Te dwa sformułowania znaczą coś innego.
„Powstrzymaj się od pomsty” mówi o zewnętrznym zachowaniu. Można zrezygnować z zemsty, a jednocześnie przez lata żywić w sercu nienawiść.
Natomiast „wybaczaj” dotyczy przemiany serca. Nie oznacza, że masz jednym aktem woli natychmiast przestać odczuwać ból, złość czy żal. Kościół tego nie naucza. Przebaczenie jest przede wszystkim decyzją woli: rezygnuję z odwetu, nie chcę drugiemu zła, pozostawiam sąd Bogu. Emocje mogą dochodzić do tego jeszcze bardzo długo.
Podobnie z przykazaniem miłości. Jezus nie mówi: „od dziś masz odczuwać wobec wszystkich ciepłe uczucia”. W języku biblijnym miłość (agape) nie oznacza przede wszystkim emocji, lecz postawę woli – szukanie dobra drugiego człowieka. Dlatego można kochać nieprzyjaciela, choć nie odczuwa się wobec niego sympatii.
Gdyby Jezus powiedział jedynie: „postępuj tak, jakbyś miłował”, można by odnieść wrażenie, że wystarczy poprawne zachowanie. Tymczasem całe Jego nauczanie zmierza do czegoś głębszego. Mówi przecież: „z obfitości serca mówią usta” i że to, co wychodzi z serca człowieka, czyni go czystym lub nieczystym. Chrześcijaństwo nie zatrzymuje się na zachowaniu, ale dąży do przemiany wnętrza człowieka.
Dlatego nie powiedziałabym, że problemem jest forma przekazu Jezusa. Raczej problem pojawia się wtedy, gdy współczesny czytelnik utożsamia słowa „miłuj” czy „przebaczaj” z nakazem natychmiastowej zmiany uczuć. Kościół od dawna tego nie naucza. Nakaz dotyczy woli i czynów, natomiast uczucia dojrzewają stopniowo i często potrzebują czasu oraz łaski.
I dodam jeszcze przykład typowo ludzki. Lekarze - leczą ludzi niezależnie od uczuć jakie mają. Np na Sor przywieziono śmierdzącego bezdomnego z otwartymi ranami pełnymi robaków i larw... lekarz i pielęgniarki odczuwają wstręt, smród i odrzuca ich widok, a jednak leczą i dążą do zdrowia tego pacjenta jak każdego innego. Więc czym innym są uczucia i emocje, a czym innym postawa serca i postępowanie. A postępują tak nie ze względu na Boga a jedynie na zawód który wykonują.
Ale odpowiem na twoje szalone pomysły zmian.
Myślę, że to nie jest jedynie kwestia stylistyki. Te dwa sformułowania znaczą coś innego.
„Powstrzymaj się od pomsty” mówi o zewnętrznym zachowaniu. Można zrezygnować z zemsty, a jednocześnie przez lata żywić w sercu nienawiść.
Natomiast „wybaczaj” dotyczy przemiany serca. Nie oznacza, że masz jednym aktem woli natychmiast przestać odczuwać ból, złość czy żal. Kościół tego nie naucza. Przebaczenie jest przede wszystkim decyzją woli: rezygnuję z odwetu, nie chcę drugiemu zła, pozostawiam sąd Bogu. Emocje mogą dochodzić do tego jeszcze bardzo długo.
Podobnie z przykazaniem miłości. Jezus nie mówi: „od dziś masz odczuwać wobec wszystkich ciepłe uczucia”. W języku biblijnym miłość (agape) nie oznacza przede wszystkim emocji, lecz postawę woli – szukanie dobra drugiego człowieka. Dlatego można kochać nieprzyjaciela, choć nie odczuwa się wobec niego sympatii.
Gdyby Jezus powiedział jedynie: „postępuj tak, jakbyś miłował”, można by odnieść wrażenie, że wystarczy poprawne zachowanie. Tymczasem całe Jego nauczanie zmierza do czegoś głębszego. Mówi przecież: „z obfitości serca mówią usta” i że to, co wychodzi z serca człowieka, czyni go czystym lub nieczystym. Chrześcijaństwo nie zatrzymuje się na zachowaniu, ale dąży do przemiany wnętrza człowieka.
Dlatego nie powiedziałabym, że problemem jest forma przekazu Jezusa. Raczej problem pojawia się wtedy, gdy współczesny czytelnik utożsamia słowa „miłuj” czy „przebaczaj” z nakazem natychmiastowej zmiany uczuć. Kościół od dawna tego nie naucza. Nakaz dotyczy woli i czynów, natomiast uczucia dojrzewają stopniowo i często potrzebują czasu oraz łaski.
I dodam jeszcze przykład typowo ludzki. Lekarze - leczą ludzi niezależnie od uczuć jakie mają. Np na Sor przywieziono śmierdzącego bezdomnego z otwartymi ranami pełnymi robaków i larw... lekarz i pielęgniarki odczuwają wstręt, smród i odrzuca ich widok, a jednak leczą i dążą do zdrowia tego pacjenta jak każdego innego. Więc czym innym są uczucia i emocje, a czym innym postawa serca i postępowanie. A postępują tak nie ze względu na Boga a jedynie na zawód który wykonują.
mgr teologii,
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
