Witam, jestem tu pierwszy raz i chciałem się przywitać moją historią, która nie wiem czy wypełnia znamiona świadectwa, ale może do czegoś się przyda. Uprzedzam: będzie długo i nudno.
No więc jestem w trakcie procesu nawracania się. Chciałbym móc po prostu powiedzieć "jestem nawróconym katolikiem", ale czuję, że to droga, której jeszcze nie przeszedłem w całości i wciąż jest za wcześnie by tak się określać i być w tym w pełni uczciwym.
Przez całe swoje wcale nie takie krótkie życie byłem osobą niewierzącą, choć zależnie od etapu życia, różną formę przybierał ten mój brak wiary. Przez mniej więcej pierwsze 20 lat życia po prostu nie rozmyślałem na takie tematy. Przyjąłem chrzest, byłem u komunii, byłem u bierzmowania, ale wszystko to było takie właśnie bezrefleksyjne. Istnienie Boga nie zajmowało moich myśli choć czasami chyba zdarzało mi się przemawiać do Niego - pewnie w jakiejś desperackiej potrzebie.
Potem poszedłem na studia i tam miałem filozofię która mnie zaciekawiła, więc potem już na włąsną rękę zacząłem się nią interesować - zazwyczaj tematami z pogranicza religii. Intrygowało mnie samo zagadnienie skąd pochodzi życie, czemu istnieje raczej coś aniżeli nic, co było zanim cokolwiek powstało, skąd ta harmonia i ład we wszystkim. Oczywiście nie doszedłem do żadnych odkrywczych wniosków, ale dla potrzeby określenia siebie i swoich poglądów, uznałem siebie za deistę. Czyli uważałem, że jest jakaś siła, która stworzyła materię, wprawiła wszystko w ruch, zaprogramowała prawa natury w taki sposób, aby w pewnym momencie mogły powstać istoty, które byłyby zdolne kontemplować ten majestat stworzenia i zaświadczyć swoją obecnością, że istnieje "coś" aniżeli "nic". Ale to moje przekonanie było odarte z jakiejkolwiek duchowości.
Paradoksalnie zbiegło to się w czasie z najbardziej konserwatywnym okresem mojego życia. Bo światopoglądowo byłem taki prawicowy. Nie przepadałem za LGBT, toczyłem w internecie wojenki z ateistami, feministkami, broniłem przy tym Kościoła i katolików, którzy wydawali mi się bliżsi ideowo, tworzyłem eseje na temat naukowców, którzy byli w stanie pogodzić naukę z wiarą - byle pokazać osoby wierzące w lepszym świetle.
Jeszcze w 2015 roku głosowałem w wyborach prezydenckich na Kukiza (wstyd mi do dziś) a w drugiej turze na Dudę. Bo jak wielu w tamtym czasie miałem dość rządów PO i wówczas PiS wydawał mi się lepszą opcją, której warto dać ponowną szansę.
No i teraz wiem, że to był błąd. Rządy PiS-u kompletnie przesunęły wajchę w mojej głowie w lewą stronę. Nie od razu oczywiście, działo się to stopniowo. Ale z czasem uczyniły ze mnie osobę antyklerykalną, która jest po prostu zła na Kościół i cały sojusz "ołtarza z tronem". Nie byłem w tym jakimś nieprzejednanym fanatykiem, cały czas wiedziałem, że są dobrzy pasterze i dobrzy chrześcijanie, którym też nie podoba się ta władza. W skrajnym punkcie mojej antyklerykalności, poszedłem na jeden z tych czarnych protestów. Nawet nie dlatego, że popieram aborcję. Ale to był wyraz mojej złości na to co wówczas się działo. Z perspektywy czasu zauważyłem też, że moje poglądy były często uzależnione od tego po której stronie widziałem ofiarę a po której "tyrana". I stawałem po stronie tych osób, które wydawały mi się słabsze. Tak jak kiedyś broniłem katolików, którzy byli besztani w przestrzeni wirtualnej, tak potem zauważyłem, że urośli w siłę i to oni zaczęli dyktować warunki. Więc stałem się adwokatem gejów, feministek i wszelkich ludzi wykluczonych.
Miałem duży żal do tych władz, które skłóciły i podzieliły już i tak podzielony kraj tak daleko, że zatarła się jakakolwiek granica wzajemnego szacunku. Żal za to, że ich toporna propaganda zrobiła sieczkę w umysłach starszych ludzi i zasiała w nich ziarno nienawiści. U moich rodziców w miarę łagodnie to przebiegło. Choć widziałem że oglądają regularnie te Wiadomości i zaczynają mówić językiem PiSu. Z ojcem, tak jak dawniej nie zdarzało się wcale lub co najwyżej sporadycznie, tak wtedy regularnie kłóciliśmy się na tematy polityczne. Ale przede wszystkim widziałem jak u innych starszych ludzi to zbiera żniwo.
To były rządy podłe, nikczemne, które przyczyniły się do mojego oddalenia od Boga na największy dystans w moim życiu. I kiedyś pewnie im będę w stanie wybaczyć, ale teraz jeszcze nie potrafię.
W pewnym momencie tej mojej wędrówki z dala od Kościoła poznałem kobietę, która była bardzo religijna i ponadto bardzo dobra - wbrew pozorom te dwie cechy tak często nie idą ze sobą w parze. W zasadzie to był anioł dla niepoznaki przebrany za człowieka. Oczywiście pokochałem ją. W jej sercu znalazłem to dobro, którego od zawsze poszukiwałem, nawet jeśli nieświadomie. Oczywiście znała moje poglądy. A mimo wszystko i tak zdołała mnie pokochać. Jej miłość mnie dowartościowywała. Byłem dzięki niej w stanie uwierzyć, że skoro tak dobra, czysta osoba jest w stanie mnie pokochać, to może i we mnie jest jakieś dobro, którego ja nie mogłem dostrzec.
Przypuszczam, że gdyby nie ten uraz jaki miałem do ówczesnej władzy, to mogłaby szybciej mnie przeciągnąć na stronę wiary. Ale czas mijał, czasami bywaliśmy razem na mszy, czasami obejrzeliśmy jakiś film religijny, ale u mnie nie działa się żadna zmiana. Dopiero nieco ponad rok temu sam z siebie zacząłem chodzić samotnie na msze do mojego pobliskiego kościoła. Nie mówiłem jej o tym na początku, nie chciałem jej zawieść gdybym nagle uznał, że to nie jest dla mnie. A zacząłem chodzić ponieważ po 1. chciałem dla niej zrobić coś dobrego, odpłacić się za to wszystko co dla mnie zrobiła. I po 2. chciałem też coś zrobić dla siebie. Czułem potrzebę jakiejś zmiany, wypełnienia jakiejś pustki w sobie, znaleźć swoje miejsce. Chciałem sobie dać szansę.
Początki były trudne. Wynikało to z tego, że ja nigdy nie byłem obdarzony tą łaską wiary jak ona i wielu innych. Ona urodziła się z wiarą wygrawerowaną na sercu, dla niej to coś naturalnego jak oddychanie. Ja nawet kiedy interesowałem się zagadnieniami z pogranicza filozofii i religii, to było to tylko dla zaspokojenia ciekawości, ale nie głodu wiary. Więc kiedy zacząłem chodzić do kościoła to czułem się tam samotny. Wiem jak to brzmi ale tak było. Było to spotęgowane faktem, że to był duży kościół i nawet na niedzialnych mszach było zazwyczaj sporo przestrzeni między ludźmi, a ja tam nikogo nie znałem. Ale nie poddawałem się i wciąż przychodziłem, licząc że może w którymś momencie faktycznie zauważę tam Boga i usłyszę Jego głos. Teraz sam sobie to wyrzucam, że nie robiłem zbyt wiele ponad to, ciągle jedynie szukając jakiegoś znaku.
Chciałem iść do komunii, ale wiązało się to ze spowiedzią. Pierwszą od ok 25 lat. Panicznie się tego bałem. O wielu rzeczach, ranach z przeszłości próbowałem raczej zapomnieć, a wiedziałem, że będę musiał je na nowo obnażyć. Więc odwlekałem ten moment.
Pewien postęp przyniósł remont kościoła, bo na ten czas msze zostały przeniesione do małej kaplicy, gdzie wszyscy byli niemal ściśnięci jak sardynki. I ten skrócony dystans sprawił, że poczułem bliskość tej wspólnoty. I do tego ksiądz, który był w moim wieku i mówił takim dość współczesnym językiem i w sposób, który fajnie było słuchać. Za namową dziewczyny i z jej pomocą, zacząłem w okowach własnej samotni prowadzić rekolekcje przed świętami Bożego Narodzenia i w tym też się nie najgorzej odnajdywałem.
Na początku tego roku dziewczyna zaczęła mieć problemy z podbrzuszem. Coś ją uciskało, miała dziwnie wydęty brzuch. Sama jest lekarzem, więc kiedy jej nie przechodziło to poszła to zbadać. No i ok. lutego okazało się że ma raka. I to takiego bardzo paskudnego ze złym rokowaniem. Zaplanowano operację usunięcia guza, która miała być trudna, skomplikowana i podobno było ryzyko, że jej nie przeżyje. Byłem w całkowitej rozsypce, załamany, nie wiedziałem co mam robić. Kłóciłem się w myślach z Bogiem, domagając się odpowiedzi: gdzie w tym jest sprawiedliwość? Najlepsza osoba jaką znam, czyste dobro, pomagająca ludziom, która nie potrafi nawet przeklinać, prowadzi się zdrowo i jako lekarz uczy pacjentów zdrowego odżywiania i takie rzeczy się jej przytrafiają. Wcześniej, jakoś 10 lat temu przytrafiła się jej inna wielka tragedia, która u kogoś innego mogłaby zachwiać wiarą, ale nie u niej. Ona wszystko umiała obrócić w dobro. Tymczasem ja będący na bakier z wiarą, nie prowadzący dobrego, przykładnego życia, czasami bywający wręcz podłym sku*wysynem, nadużywający niektórych niezdrowych substancji, wciąż ma się dobrze. Gdybym ja zachorował to nawet bym nie miał żalu do losu, do Boga, do nikogo, bo w głębi bym umiał sobie powiedzieć: ok, masz to na co zasłużyłeś. Nie potrafiłem przeboleć w sobie tego uczucia niesprawiedliwości.
Dzień przed operacją pobiegłem do księdza, właśnie tego "fajnego" i powiedziałem mu, że dziewczyna ma mieć operację i chce się umówić na spowiedź. Uznałem, że może jak chociaż wykonam taki gest dobrej woli, to przebłagam Boga i pozwoli jej wyjść cało z tej operacji. Ksiądz powiedział, że mogę przyjść przed weekendem albo dopiero w marcu bo zaraz potem idzie na urlop. Powiedziałem, że zadzwonię do niego już po powrocie. Dziewczyna przeżyła zabieg, choć nie wycięto całego guza. Nie będę wszystkiego opisywać, ale później wiadomo: zaczęła się chemia i jest już po 4 sesji. Chemia widać, że działa, ale ona sama szczerze mówi, że jest średnio dobrze.
Odkąd tylko dowiedziałem się o chorobie to prawie w każdą noc się modlę. Po raz pierwszy ugiąłem kolano przed Jezusem, ukorzyłem się i zacząłem błagać o cud. Powiedziałem, że potrzebuję tylko tego jednego cudu, a wszelkie więzy pętające moje serce i hamujące je przed oddaniem się Jemu, pękną i nie będę mieć już oporów, by pójść drogą, którą wytyczył dla mnie. Że pójdę gdzie mi rozkaże, bo to będzie znak, którego nie będę mógł przeoczyć ani zignorować i będę odtąd znał swoje powołanie. Czasami ciężko mi jest uniknąć myśli, że ten nowotwór przydarzył się w jakimś celu. Właśnie aby przyspieszyć ten mój proces pojednania się z Bogiem. Choć wiem, że to chyba nie tak działa. Ale rzeczywiście ten mój proces przyspieszył. Spowiedź rzecz jasna znowu odwlekłem, ale ostatecznie poszedłem w kwietniu. Pierwszy raz od 25 lat. Chciałbym móc powiedzieć, że poczułem się jak nowo narodzony i całkowicie oczyszczony. Ale czułem głównie niedosyt. Ksiądz, choć uprzedzony że będzie to spowiedź generalna, z całego życia, to miał mało czasu dla mnie i nie powiedziałem wszystkiego co chciałem, a to co powiedziałem to też nie tak jak planowałem i choć wyszedłem z rozgrzeszeniem to nie do końca spełniony.
Ponieważ mój stały kościół ciągle jest remontowany to zacząłem też chodzić na mszę do dominikanów, których polecała mi moja koleżanka, o której wiarę nie podejrzewałem wcześniej. Więc wydało mi się to ciekawe, co sprawiło, że ona, raczej taka nowoczesna dziewczyna, lubi msze u dominikanów.
No i tak odnalazłem swoją wspólnotę. Poznałem Kościół od innej strony; tej która zawsze była we mnie. Poczułem, że to jest też moje miejsce. Że nie muszę się wyrzekać moich poglądów, bo wszystko to w co wierzyłem, co uważałem za dobre, za słuszne, zawierało się w Jezusie. Może i wiedziałem o tym wcześniej, ale nikt nie potrafił mnie do tego przekonać. Zacząłem więcej szukać, przede wszystkich duchownych, którzy podzielają te spojrzenie na wiarę, zacząłem czytać, przeglądać filmy na yt a nawet medytować. Można powiedzieć że udało mi się rozpalić w sobie ten płomyk wiary. Na razie jeszcze jest mały, ale jest i czuję w nim komfort. Czuję, że jestem na dobrej drodze.
Każda osoba, którą znam i która jest wierząca i praktykująca, to albo wrosła w wiarę jakby to był naturalny proces dojrzewania. Albo dostała jakiegoś natchnienia, objawienia, po prostu łaska wiary skropiła jej serce na pewnym etapie życia. Pewnie niektórzy jeszcze mieli trudne przejścia i znaleźli ratunek, schronienie w domu Boga. Ciekaw jestem czy są też tacy jak ja, którzy 40 lat żyli bez potrzeby wiary, bez jej głodu i sami w pewnym momencie zaczęli walczyć by ją w sobie odnaleźć pomimo prądów ciągnących go w przeciwną stronę.
Ta historia jak widać nie ma jeszcze happy endu ani nawet puenty na koniec. I nawet nie wiem czy będzie miała. Ale pomyślałem, że może komuś się ona przyda. Może znajdzie się ktoś, kto z tym się utożsami. Albo po prostu zobaczy jak kręte i wyboiste drogi prowadzą do Ojca. Choć najpewniej po prostu chciałem coś z siebie wyrzucić i może przy okazji znaleźć jakieś dobre dusze, które mogłyby mnie dalej pokierować.
Jeśli dotarłeś do tego momentu to dzięki za czas i pozdrawiam.
PS: z góry przepraszam za ten być może zbędny wątek polityczny, pierwotnie miałem inną koncepcję tego wpisu, ale teraz już nie chcę nic poprawiać, więc niech tak już zostanie.
Jeśli potrzebujesz pomocy duchowej napisz email: pomocduchowaDM@gmail.com
Moje kręte drogi ku nawróceniu
-
Magnolia
- Posty: 10161
- Rejestracja: 29 sty 2021, 11:31
- Wyznanie: katolicyzm
- Podziękował/a: 3836
- Podziękowano: 4101
- Płeć:
Witaj @Wypasiona Owca przeczytałam całość. Na naszym forum staramy się nie poruszać tematów politycznych, bo szkoda temu poświęcać nasz czas i emocje. Rozumiem, że w ramach świadectwa zostanie jak napisałeś, rozumiem tez Twoje oburzenie i emocje związane z rządami ludzi, którzy mając wartości chrześcijańskie na ustach robią cos zupełnie odwrotnego. Mnie tez to gorszy. Ale po to mamy demokrację aby głosować. Co niestety nie jest łatwym zadaniem, aby głosować zgodnie z sumieniem.
Tyle komentarza i zamykamy temat polityczny.
Co do Twojej drogi, ile ludzi tyle dróg do Boga. Ty masz taką. Widzę że łaska Boża już w Twoim życiu działa.
Choroby Twojej dziewczyny nie zesłał Bóg, ale z pewnością wykorzystał tą okoliczność aby rozlała się łaska w twoim życiu. Wszystko co piszesz co wydarzyło się dobrego to dostałeś od Boga, to że masz płomień wiary, to że się wyspowiadałeś, to że masz motywację do uczestniczenia w Eucharystii.
Mam jedynie nadzieję, ze w czasie spowiedzi wyznałeś wszystkie grzechy ciężkie z tych lat. Bo mamy obowiązek wyznawać wszystko co pamiętamy z grzechów ciężkich. Jeśli cos ci się przypomni to wyznaj następnym razem.
Życzę ci wielu łask i błogosławieństw i abyś miał oczy szeroko otwarte by je dostrzegać.
Pozdrawiam serdecznie.
Tyle komentarza i zamykamy temat polityczny.
Co do Twojej drogi, ile ludzi tyle dróg do Boga. Ty masz taką. Widzę że łaska Boża już w Twoim życiu działa.
Choroby Twojej dziewczyny nie zesłał Bóg, ale z pewnością wykorzystał tą okoliczność aby rozlała się łaska w twoim życiu. Wszystko co piszesz co wydarzyło się dobrego to dostałeś od Boga, to że masz płomień wiary, to że się wyspowiadałeś, to że masz motywację do uczestniczenia w Eucharystii.
Mam jedynie nadzieję, ze w czasie spowiedzi wyznałeś wszystkie grzechy ciężkie z tych lat. Bo mamy obowiązek wyznawać wszystko co pamiętamy z grzechów ciężkich. Jeśli cos ci się przypomni to wyznaj następnym razem.
Życzę ci wielu łask i błogosławieństw i abyś miał oczy szeroko otwarte by je dostrzegać.
Pozdrawiam serdecznie.
mgr teologii,
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
„Bóg pragnie, aby wszyscy byli zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4)
