Cóż, ja mam biegunowo odmienne zdanie na ten temat..
W Biblii objawia nam się sam Bóg, przez słowa pokazuje nam jaki On naprawdę jest. Dlaczego więc głębsze studiowanie, poznawanie kontekstu i staranie się zrozumieć o co naprawdę Bogu chodzi, miałoby sprawić że przestaje być Słowem Boga? Wręcz przeciwnie, w miarę poznawania Biblii coraz dokładniej poznajemy Stwórcę, zaczynamy widzieć Go takim jaki jest w rzeczywistości.
W tym przypadku, ciekawość - parafrazując znane przysłowie - jest pierwszym stopniem do nieba :-)
Komentarze również mogą, choć wcale nie muszą, pomagać w lepszym zrozumieniu Słowa. Zresztą same wydania Biblii są tylko przekładami, tłumaczeniami z języków używanych tysiące lat temu, więc właściwie nie jest możliwe przekazanie sensu słów czy zwrotów dokładnie tak jak miał to w zamiarze autor natchniony. Aby dokładniej zrozumieć Pismo, należałoby czytać je w oryginale. Mało tego, trzeba by rozumieć kontekst m.in. kulturowy, nie mówiąc już o kontekście gatunku samego tekstu. A w Biblii jest ich całkiem sporo ;-)
Jak więc widać, samo czytanie tekstu Pisma Świętego - czy właściwie jego przekładu - bez jego badania, zgłębiania, nie może pokazać nam Boga takiego, jakim jest naprawdę. Wręcz może wykrzywiać obraz Boga (oczywiście w naszej głowie tylko) i niektórzy mogą dojść do przekonania, że On jest mordercą, wręcz sadystą który tylko czeka żeby ukarać grzesznych ludzi, straszliwym sędzią, itd..
A Bóg jest Miłością :-)
A to Izajaszowe opłakiwanie grzechów pewnie w jego czasach miało sens. My na szczęście żyjemy już dwa tysiące lat po Chrystusie i mamy Ewangelię :-D