Chciałabym się podzielić pewnym osobistym doświadczeniem. Mąż ostatnio sprzedawał jakąś drobną rzecz i pojawili się kupcy. Zaczęli go wciągać w dyskusję o wierze, a że Krzysiek w tych kwestiach nie czuje się pewnie, poprosił mnie o to, by podczas spotkania pogadać z nimi. Na początku było spokojnie. Szybko się jednak zorientowałam, że nie mam do czynienia z katolikami. Wspomnieli nazwę tego kościoła, ale nijak nie umiem sobie przypomnieć. Podstawową kwestią, którą głosili jest to, że oni po ich chrzcie zostali obmyci z grzechów i już więcej nie grzeszą. Że Pan Jezus dokonał ofiary za grzechy 2000 lat temu i już więcej się to nie dokonuje. Gdy zapytałam o List św. Jana: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu — sami siebie oszukujemy" rozmowa bardzo szybko ze spokojnej przeszła w agresywną i padały kwestie, że katolicy gnurają się w swoich grzechach, że czczą śmierć i obrazy, że Pan Jezus tylko raz dokonał ofiary za grzeszników i słowa: "to czyńcie na moją pamiątke", dotyczą zupełnie czegoś innego i że tylko oni - członkowie tego kościoła, zostaną zbawieni. Tu wspomniałam, że to była jedna z postaw, którą Pan Jezus szczególnie krytykował u faryzeuszy i wtedy już musiał zainterweniować mój mąż, bo zrobiło się na prawdę bardzo agresywnie i ciężko. Zapytałam: jak to możliwe, żeby wchodzić tak mocno w kompetencje Pana Boga... Nie potrafiłabym nigdy takiego stwierdzenia użyć, mając w pamięci, że tylko On zna nasze serca. Nawet Łotr został zbawiony przecież, właśnie dlatego, że Pan Jezus widział jego serce. Pamiętam też, że Pismo Święte ograniczało się u nich jedynie do Ewangelii i nawet nie całej, a tylko słów Pana Jezusa. Resztę odrzucali.
Tak daleko można zabrnąć.
Przepraszam za brak związku z głównym tematem, ale po przeczytaniu wą†ku widziałam, że ten również został poruszony.
Ci ludzie urodzili się i wychowali w katolickich rodzinach. Zostali "oświeceni" przez jakiegoś człowieka, który trafił w ich czułe punkty.
Co do abp. Rysia, nasz proboszcz się z nim przyjaźni. Abp. Ryś często pojawiał się na różnych wydarzeniach organizowanych przez księdza. Zawsze z pełną uwagą i skupieniem słuchał każdego rozmówcy i odnosił się do każdego z wielkim szacunkiem, co w jego postawie szczególnie mi się podobało. To dosyć rzadki obraz, moje słowa nie oddają tego w pełni. Tak jak ludzie mają upodobanie do pewnych miejsc, kolorów, potraw, tak ja mam upodobanie do pewnych charakterów ludzkich.

Największą moją uwagę zawsze zwracał fakt, że zastanawiał się nad odpowiedzią, nawet gdy pytanie wydawało się z pozoru banalne, "przymyśliwał" ją, jakby chcąc na nie jak najpełniej odpowiedzieć.
Co do sytuacji z Mszą na stadionie, u nas w parafii jest to stała sytuacja. Bardzo ubolewam, że Liturgia słowa jest skracana. Córce, która jest lektorem ksiądz nakazuje czytać skróconą wersję czytań. Czasami jest tylko 1 czytanie w niedzielę. W Wielkim Poście też mamy "short version"... Podobno jest to podyktowane potrzebą wiernych.
Puentując mój bardzo zawiły tok myślenia i sytuację z abp Rysiem, przypomina mi się efekt Dunniga-Krugera i ich wykres, który mówił, że im większe nasze poznanie danego tematu, tym większe przekonanie, że wiemy coraz mniej. Może abp. Ryś znalazł się już na prawie samym końcu tego wykresu?
Najciekawsze dla mnie jest to, że kiedyś wszyscy, w obliczu Pana, poznamy całą prawdę o nas samych. Jak wielkie to będzie dla nas wszystkich zaskoczenie...
P.S. Może ktoś po moim opisie rozpozna ten odłam i pomoże i rozstrzygnąć, czy to protestancki ruch, czy jakiś zupełnie inny.